Polskę kazano nam wybić sobie z głowy
- Napisane przez Bogdan Nowak
- 1 komentarz
- Czytany 484 razy
- Wydrukuj
Niemieccy żołnierze podczas jednej z akcji. Zdjęcie kupione na zamojskim Pchlim Targu. Ze zbiorów Bogdana Nowaka
Żałoba okryła całe społeczeństwo
A dalej ich autor notował. „Były w gazetach podawane obszerne dane, wstrząsające fakty udokumentowane zdjęciami fotograficznymi tam zamordowanych żołnierzy i oficerów polskich, którzy dostali się do niewoli sowieckiej w 1939 roku. Tak trudno powiedzieć że byli oni w niewoli – bo oficjalnie rząd sowiecki nie wypowiedział Polsce wojny” – podkreślał Bronisław Sikora. „Tylko armia ich wkroczyła bez boju do naszego kraju. Przez to znalazło się tam w obozach jenieckich dużo naszych żołnierzy i oficerów w niewoli, z których przeszło 12 tysięcy wymordowali w 1940 roku w lasach Katyńskich. Były te masowe groby rozkopywane w obecności tej komisji, badano skrupulatnie prawie każde zwłoki, które były w polskich mundurach wojskowych”.
Wiele ofiar miały przy sobie zaświadczenia wojskowe, legitymacje, przedwojenne polskie pieniądze, przedmioty osobiste. Pojawił się zatem możliwość zidentyfikowania ich danych. Niemcy to wykorzystali. „W gazetach tych były długie szpalty - kolumny z nazwiskami, stopniami wojskowymi, jakie który z nich posiadał” – wspominał Bronisław Sikora. „Wiadomość ta okryła wielką żałobą całe nasze społeczeństwo, na tak ohydne morderstwo bezbronnych ludzi i to z rąk państwa uchodzącego za przyjaciela Polaków. Były podawane zeznania kilku obywateli ruskich, jak chłopa, Kisielewa oraz kolejarzy ze stacji kolejowej Gniazdowo. Z tej stacji po wyładowaniu z wagonów wożono samochodami na miejsce zbrodni w lasach Katynia. Transporty te szły w większości z obozu w Kozielsku. Były tam podawane dokładne zdjęcia terenu w tym lesie, gdzie były duże, masowe mogiły na których rosły paroletnie sosny i inne już runo leśne”.
W 1940 roku w „Lesie Katyńskim” funkcjonariuszu sowieckiego Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR (NKWD) rozstrzelali tysiące polskich jeńców wojennych z obozu w Kozielsku. Często używa się obecnie jednak wyrażeń „Katyń” lub „Zbrodnia Katyńska” także dla innych morderstw dokonywanych na polskich jeńcach wojennych i więźniach w różnych miejscach ZSRR. W sumie zabito w okrutny sposób ponad 21,5 tys. osób. Stało się to na mocy decyzji najwyższych władz ZSRR, która została zawarta w uchwale Biura Politycznego KC WKP (b) z marca 1940 roku (określana jest czasami jako „decyzja katyńska”).
O tej strasznej, sowieckiej zbrodni poinformowali Niemcy – jak o sobie myśleli – „nowi panowie” tych terenów. Stało się to 11 kwietnia 1943 roku. Podawano wieści o odnalezieniu w lesie Kozie Góry, w sąsiedztwie Katynia, zwłok polskich oficerów rozstrzelanych przez NKWD. Miało się to stać – jak podkreślano - trzy lata wcześniej, co miało wykluczyć niemiecki współudział w owej zbrodni.
O masakrze obszernie informowano na arenie międzynarodowej oraz w okupowanej Polsce, w tym w tzw. prasie gadzinowej.
Strzały w tył głowy
„Wsie Białowola, Zarzecze, Żyznów dostały krwawą łaźnię od żandarmów przy pacyfikacji. Białowola po raz wtóry” – pisał 17 kwietnia 1943 roku Adam Mastaliński. „Sołtys Łukaszczyk z żoną i dziećmi został zabity. W Żyznowie zabito gospodarza Kukiełkę, zacnego chłopa wraz z 22-letnią córką, dziewczyną inteligentną. Padło tam kilkadziesiąt osób, a około setki narodu aresztowano i zapędzono „za druty” (...). Akurat w tym samym czasie gadzinówki rozdzierają szaty nad bestialstwem bolszewików, którzy zamordowali w 12 tys. oficerów polskich w lesie pod Smoleńskiem. Tak, oczywiście, jeśli to miało miejsce, jest to potworność godna bolszewizmu. Lecz jednocześnie z nieprzepartą siłą chciałoby się zawołać na cały świat: a kto wy jesteście? Ile zamordowaliście oficerów polskich, niewinnych ludzi, kobiet, dzieci?”.
Ruszyła jednak niemiecka machina propagandowa, która wykorzystywała Zbrodnię Katyńką do swoich celów. Bronisław Sikora na podstawie uzyskanych wówczas informacji pisał o szczegółach dokonywanych zbrodni.
„Pod warstwą piasku odkrywano stosami leżące trupy, równo, szeregami, twarzą w dół poukładane, jedna warstwa bezpośrednio na drugiej. Komisja ustaliła że śmierć była zadawana strzałem w tył głowy, w okolice potylicy, z małej kalibrowej broni. Wszystkie wartościowe rzeczy jak obrączki, zegarki czy inne były odebrane tym ofiarom. Prawie nigdzie (ich) nie znaleziono” – notował. „Inne zdjęcia pokazywały, że w jednej masowej mogile znaleziono szczątki dwóch polskich generałów. Jednym z nich był gen. Mieczysław Smorawiński, ostatni dowódca Lubelskiego Okręgu Wojskowego.
Jak zauważył, w tej mogile leżeli wyłącznie wyżsi oficerowie. „Tam prawie wszyscy byli imiennie zidentyfikowani, bo mieli przy sobie legitymacje i zaświadczenia o nadanych odznaczeniach wojskowych” – pisał Bronisław Sikora. „W tym masowym grobie było też kilka zwłok księży i kapelanów wojskowych. Przy jednym znaleziono różaniec zrobiony z drewnianych klocków połączony cienkim drucikiem, przy innym było zaświadczenie (…) na nazwisko Ziółkowski Jan. W innej, masowej mogile stwierdzono, że wszystkim ofiarom powiązano ręce na plecach, a niektórzy mieli powiązane i nogi. Były wśród nich też i takie ofiary, że mieli owinięte głowy workami. Gazety podawały zdjęcia fotograficzne papierośnic drewnianych z napisem na nich Kozielsk i cygarniczek. Przy zwłokach były znalezione gazety ruskie, na jednej z nich, z najpóźniejszą datą 22 kwietnia 1940 roku. W protokole tej komisji było podane, że szereg czaszek poddano badaniom, co do zaszłych zmian patologicznych. Te badania mają wielkie znaczenie przy ustalaniu czasu śmierci (…). Te gazety, więcej niż tydzień czasu, codziennie na więcej niż jedną stronę, podawały kolejne dane o tych ofiarach. Dużo tych gazet było skwapliwie przechowywanych wśród naszego społeczeństwa – jako jeszcze jeden dokument dokonanej zbrodni na naszym, polskim narodzie. W większości u naszego społeczeństwa: czy to w pracy czy w mieście słyszało się taką na ten temat opinię – po co to okupant niemiecki o tym informuje w gazetach? Czy może chcą tym barbarzyńscy hitlerowscy się wybielić, że nie tylko oni są katami Polaków, ale i inni. Na pewno tym dla siebie nie mogli osiągnąć jakichś pozytywnych argumentów, gdy w tym czasie na Majdanku bez przerwy - dniem i nocą - dymiły kominy krematoriów spalające zwłoki ludzkie”.
Autor wspomnień miał na ten temat swoją opinię. Nakreślił też panoramę tych kilku, bardzo trudnych miesięcy 1943 roku na Zamojszczyźnie. To bardzo ciekawa lektura.
Mało kto ocalał
„Tyle na całej Lubelszczyźnie, między rzeką Wisłą a Bugiem jest miejsc gehenny i kaźni niewinnych, polskich ludzi. Przypuszczalnie było to dla załamania psychologicznego naszego uporu i walki podziemnej naszej partyzantki, gdzie panom i zdobywcom już prawie całej Europy – tu u nas w Generalnej Guberni - trzeba było płacić cenę najwyższą: życiem swoich dygnitarzy, żołnierzy Wehrmachtu, żandarmerji (pisownia oryginalna) czy innych sługusów. Chcieli przez to osiągnąć zniewolenie naszego narodu, tak jak poprzednio zniewolono Żydów, którzy dobrowolnie szli na zagładę do obozów zagłady i krematoriów, jak zwierzęta rzeźne” – czytamy w zapiskach Bronisława Sikory. „Jedno bezspornie (można) było zauważyć, że nasz naród nie pochwalał sowieckiej zbrodni – ale i na niemieckiego okupanta mocniej zacisnął zęby i dłonie. Swoją „humanitarność” już wkrótce okazali okupanci, bo w miesiącach - czerwiec, lipiec i sierpień - wzmogli duże wysiedlania w południowych rejonach Zamojszczyzny wysiedlając i to całymi gminami tak zwane Zatanwie. To jest gminy: Łukowa, Różaniec, Zamch, Tarnogród oraz Aleksandrów. Z kolei tam na te bezludne wioski osiedlali Ukraińców z powiatu tomaszowskiego i hrubieszowskiego”.
Jak przypomniał Bronisław Sikora, tworzono też na wysiedlanym terenie silne posterunki ukraińskiej policji.
„Widziało się w tym czasie duże kolumny naszych ludzi wysiedlonych pod silnym konwojem, prowadzonych pieszo czy samochodami do obozów w Zwierzyńcu czy Zamościu. Trochę ludzi zdążyło się w terenie ukryć w lasach czy na polach, w schronach pod ziemią. Ale dla tych, gdy byli ujęci przez Niemców czy policję ukraińską czekała śmierć na miejscu. Te ostatnie, już na tak wielką skalę wysiedlenia w czasie okupacji, gdzie brały udział duże jednostki Wehrmachtu, policji oraz cała dywizja SS. „Galizien”, uformowana wcześniej z Ukraińców. Te wysiedlenia poprzedziło w dniu 1-go czerwca 1943 roku spacyfikowanie wsi położonej niedaleko Zwierzyńca (o nazwie) Sochy. Po okrążeniu i wymordowaniu większości tam zamieszkałych mieszkańców. Po wycofaniu oddziałów pacyfikujących wieś, nadleciały szturmowe samoloty nurkowe, obrzucając wieś bombami i siekąc z broni maszynowej (…). Samoloty te z nad Soch wzięły kierunek na Józefów, na który padły bomby na przykościelny cmentarz. Całe szczęście że tam w tym czasie nikogo nie było z ludzi. W tym czasie roztoczański Józefów został okrążony przez Niemców. „Z domów i obejść gospodarskich, wszystkich jakich tylko złapali ludzi spędzili pod mury cmentarza – prawdopodobnie tam chcieli wszystkich wymordować. Ale przeszkodził im w tym silny atak od (strony) kamieniołomów oddziałów partyzanckich. Naszych z Armii Krajowej i sowieckich pod dowództwem słynnego na naszym terenie „Miszki Tatara”. Było to 1 czerwca 1943 roku” – pisał Bronisław Sikora.
Temat międzynarodowy
Ów partyzancki atak zupełnie zaskoczył okupantów. Po krótkim starciu Niemcy się pospiesznie wycofali z Józefowa, ponosząc przy tym straty. Będziemy o tych wydarzeniach jeszcze pisać obszernie. Po co jednak Niemcy publikowali wieści o Zbrodni Katyńskiej w tzw. gadzinowych gazetach? Dowiadujemy się tego choćby w trzecim tomie dzienników Josepha Goebbelsa opublikowanych przez wydawnictwo „Bellona”. Ten wysoki, nazistowski dygnitarz poświęcił owej sprawie wiele stron swoich dzienników.
„W Generalnym Gubernatorstwie panuje nastrój głębokiego przygnębienia. Meldunki, które na temat Katynia przeniknęły do polskiej opinii publicznej, budzą doprawdy grozę. Obiegają teraz całą kulę ziemską. Można faktycznie stwierdzić, że za pomocą zręcznie prowadzonej propagandy udało nam się z masakry katyńskiej uczynić temat międzynarodowej rozmowy” – notował z satysfakcją Goebbels w swoich zapiskach z 19 kwietnia 1943 roku.
Niemcy wbili wówczas „klin” pomiędzy ZSRR i aliantami. Osłabili również – ich zdaniem – morale w Polakach: w okupowanym kraju oraz za granicą.
„Sprawę Katynia traktuje się dalej z pełną werwą. Nadchodzi teraz meldunek, że w Związku Radzieckim znajduje się jeszcze dalsze 400 tysięcy Polaków, których los pozostaje całkowicie nieznany. Uważam, że zupełnie możliwe, że GPU załatwiło ich strzałem w potylicę. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że ze sprawy Katynia zrobi się tego rodzaju duża akcja. I to o znaczeniu państwowym. Jak mocno podziałała ona na całą opinię publiczną w państwach neutralnych! Nie ma prawie gazety na całej kuli ziemskiej, która by nie zajmowała się gruntownie tym przypadkiem”.
Jednym z Polaków, których Sowieci wywieźli na wschód był Józef Paruszkiewicz, mąż pochodzącej z Barchaczowa (gm. Łabunie) Haliny: z domu Gwiazdowskiej (była jego drugą żoną). W Zamościu pozostały po nim pamiątki. To różne, pożółkłe „karteluszki”, zaświadczenia uprawniające do noszenia medali, legitymacje Stowarzyszenia Polskich Kombatantów czy poświadczające zakończenie służby w wojsku. Nie tylko. Zachowała się też szpanga medalowa późniejszego sierżanta Józefa Paruszkiewicza. Są do niej przypięte brytyjskie medale za II wojnę światową, „Gwiazda Italii” (to brytyjskie odznaczenie wojskowe przyznawane za udział w działaniach bojowych na terenie Włoch i środziemnomorskim teatrze wojennym” pomiędzy 11 czerwca 1943 roku, a 8 maja 1945 r.) oraz „Gwiazda za wojnę 1939-1945”. Do owej „listwy medalowej” została także przypięta miniatura polskiego Krzyża Walecznych z okuciami oraz miniatura Krzyża Bojownikom Niepodległości z mieczami.
To bardzo ciekawe, niezwykłe pamiątki. Co ważne, dokumenty zaczęły nam opowiadać historię tego człowieka. Otóż – jak wyczytaliśmy - Józef Paruszkiwicz był żołnierzem 2. Korpusu Wojsk Polskich (Armii Andersa) i przeszedł z nim szlak bojowy. Podobno walczył też pod Monte Cassino. Udało nam się również odnaleźć spisaną przez niego relację. Dotyczy ona zsyłki Józefa Paruszkiewicza wgłąb ZSRR. Relacja jest także dostępna na stronie internetowej: zapisyterroru.pl.
Katorżnicze życie
Wspomnienia zaczyna się tak: Sierżant pospolitego ruszenia Józef Paruszkiewicz, ur. 4 maja 1897 r., leśnik w dobrach prywatnych Kosenichówna (Kościuchnówka), pow. Łuck, żonaty. „10 lutego 1940 r., ok. godz. 4.00 rano, zastukano gwałtownie do drzwi. Do mieszkania wdarli się uzbrojeni członkowie NKWD z komendantem na czele, który natychmiast rozkazał wydać posiadaną przeze mnie broń, gdy tymczasem milicjanci przeprowadzali rewizję domu. Komendant po rewizji osobistej zawiadomił mnie, że zostaję wraz z rodziną przesiedlony” – wspominał Józef Paruszkiwicz. „Wyznaczono mi pół godziny na spakowanie się, przy czym unieruchomiono mnie pod groźbą rewolweru do czasu spakowania przez milicjantów bezładnie zebranych rzeczy i pożywienia z mieszkania, po czym wraz z (pierwszą) żoną rozkazano nam udać się w podróż do podwody składającej się z wozu i koni, którą przebyliśmy odległość do stacji kolejowej w Nowym Czartorysku, osiem kilometrów. Na stacji przykazano zająć miejsce w wagonie towarowym, w którym mieściło się dziewięć rodzin zesłańczych, ogółem 37 osób wraz z bagażem”.
Warunki były koszmarne, nieludzkie. „Podróż odbywaliśmy w atmosferze zamkniętego wagonu przez 13 dni. Na wyżywienie przeznaczono na ten okres kilka kilogramów chleba oraz dwukrotnie zupę. Po 12-dniowej podróży wysadzono mnie na stacji Punduga, skąd przebyłem wraz z żoną 60 km do lasu, tzw. katremski posiołek, uczastok 17, rejon charowski, obłast wołogodzka” – pisał Józef Paruszkiwicz. „Pomieszczenie moje mieściło się w baraku z drzewa skleconym, zabrudzonym, zimnym, zawszonym po zabranych stamtąd rodzinach, gdzie po ogrzaniu wyłaziły masowo pluskwy utrudniające sen. Już po 24-godzinnym odpoczynku wyznaczono mnie wraz z żoną do podawania drzewa na sanie traktorowe; za tę przeolbrzymią pracę wynagrodzenie (moje) wraz z żoną wynosiło 38 rubli za 15 dni, za co można było nabyć kilka kilogramów chleba i to w określonych terminach i ilości. Rzadko można było zdobyć zupę, za której porcję płacono 80 kopiejek. Na całość (uczastka) składało się dziewięć rodzin, z tego siedem polskich i dwie ukraińskie. Zachowanie się nadzorców było sarkastyczne i brutalne, niemal codziennie wmawiano w nas, że z tego posiołka nikt z nas nie wyjdzie poza obręb obszaru. Polskę kazano nam wybić sobie z głowy, gdyż taka istnieć nigdy nie będzie. Determinację naszą zwalczaliśmy przekonaniem, że Opatrzność Boska uwolni nas z tego strasznego katorżniczego życia”.
Autorowi tych zapisków udało się wyrwać z sowieckiej niewoli. Jak do tego doszło?
„Największą bodaj rozpaczą była myśl o dziecku, córce 14-letniej, którą zostawiłem w kraju w czasie aresztowania, nie znajdując u katów ani litości, ani współczucia dla rozłąki z dzieckiem. 17 sierpnia 1941 r. ogłoszono umowę polsko-sowiecką, na mocy której otrzymałem wezwanie do wojska polskiego” - pisał. „Podróż do dżalabackoj (żambylskiej) obłasti odbyłem pociągiem towarowym w bardzo ciężkich okolicznościach, skąd ze stacji Tiktinsaj podwodami po dwumiesięcznej podróży przewieziono do kołchozu Kaganowicze dżalabackoj (żambylskiej) obłasti, gdzie pracowałem wraz z żoną przez dwa miesiące w bardzo ciężkich warunkach mieszkaniowych i o głodzie. Po tym okresie, 27 stycznia 1941 r., otrzymałem wezwanie z wojenkomatu na komisję wojskową. Po przejściu mieszanej polsko-sowieckiej komisji dostałem się do polskiej armii”.
W tym bezkresie udręki Józef Paruszkiwicz mógł zatem mówić o szczęściu. Ominął go „strzał w potylicę”, nie zamarzł na trzaskającym mrozie, nie zamęczono go podczas katorżniczej pracy. Przetrwał głód. Nie wszystkim było to dane.
(Tekst jest fragmentem powstającej książki pt. „Wewolf ‘43. Trzecia fala wysiedleń Zamojszczyzny”).
1 komentarz
-
Dwie uwagi. Po pierwsze: w całej historii świata nie było takiego bezwzględnego wymordowania, wziętych do niewoli jeńców wojennych. Uwaga druga: do największych zbrodni i wynaturzeń dochodzi wtedy, gdy przy władzy są dyktatury. To powinno nam dać do myślenia. I pokazać nasz obywatelski obowiązek, dbania o rozwój demokracji, która jako jedyna forma ustrojowa, może pokonać dyktaturę...