Rocznica wysiedlenia Huszczki Dużej i Huszczki Małej. Zbiór niezwykłych fotografii z czasów wojny i wspomnienie o Teodozji Podolak
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 17 razy
- Wydrukuj
Teodozja Podolak ogląda archiwalne zdjęcia. Fot. Adam Gąsianowski
– Początkowo niewiele sobie po nich obiecywałem. Negatywy były w złym stanie. Pan Antoni opowiadał, że dziesiątki lat przeleżały na strychu. Warunki były tam fatalne. Latem panowała wysoka temperatura: dlatego negatywy były bardzo przesuszone. Gdybym rolki od razu rozwinął, zaczęłyby pękać. Wyciągnąłem je ostrożnie z puszek i położyłem na półce, żeby nabrały odpowiedniej wilgotności – opowiada Adam Gąsianowski. – To nie wszystko. Rolki były także zabrudzone gliną i zanieczyszczone plewami, bo takim materiałem ocieplono kiedyś strych. Skąd się w tych puszkach wzięły? Myślę, że negatywy musiały komuś wypaść. Zgarnięto je do puszek razem ze śmieciami.
Magia starych zdjęć
Nie tylko to było kłopotem. – Na niektórych negatywach pojawiła się pleśń, która jest dla nich zabójcza (niszczy emulsję fotograficzną) – ciągnie swoją opowieść pan Adam. – To była ostatnia chwila, żeby coś z tych negatywów uratować. Zabrałem się za to. Po jakimś czasie odważyłem się włożyć niektóre negatywy do skanera fotograficznego. Stare zdjęcia, jedno po drugim, zaczęły się pojawiać, na ekranie komputera. To była rewelacja!
Na monitorze pojawiło się 100 zdjęć, potem 200, 400, 600... w końcu pan Adam zobaczył ich ponad 2000! To był potężny, unikatowy i... zapomniany zbiór fotografii.
– Coś pięknego! Naprawdę! Ludzie na tych fotografiach byli ubrani schludnie, uśmiechali się i zachowywali swobodnie. Po ubraniach można było wnioskować, że zdjęcia rzeczywiście zostały wykonane podczas ostatniej wojny – opisywał swoje pierwsze wrażenia Adam Gąsianowski. – Zobaczyłem całe rodziny ustawione w malownicze grupy, bawiące się dzieci, ludzi idących do pracy, pozujących na koniach czy furmankach. Były też dziesiątki pięknych portretów na różnych tłach (nie były to owe malarskie „widoczki” z łódkami czy kolumnami, ale po prostu białe tkaniny lub ściany pomalowanych na biało domów). Niektóre z nich wyglądały jakby były zrobione do jakichś dokumentów. Na fotografiach pojawiły się też wesela, chrzciny, kondukty pogrzebowe, zmarli leżący w trumnach. Magia.
Adam Gąsianowski, odzyskiwał stare zdjęcia, a Antoni Podolak co jakiś czas przynosił mu kolejne puszki, szklane płytki oraz zdjęcia z rodzinnego albumu. Jak się potem okazało, zgromadzone w ten sposób zdjęcia zostały wykonane w latach 1940-1946. Zaczął o nich opowiadać. Zapewniał, że większość z nich została wykonana przez Wincentego Podolaka, jego ojca. Podczas okupacji mieszkał on w miejscowości Huszczka Mała w gm. Skierbieszów. Niczym podobno nie różnił się od okolicznych gospodarzy. Uprawiał kilkuhektarowe pole, hodował krowy, świnie. Miał jednak pasję: robił zdjęcia.
– Ojciec urodził się w 1901, a zmarł w 1976 roku. Te fotografie wykonywał dla siebie, rodziny oraz dla znajomych. Ot tak, na pamiątkę. Moja mama miała na imię Genowefa i pochodziła z Majdanu Sitanieckiego. Jej panieńskie nazwisko Golec. Oni byli zwykłymi ludźmi – podkreślał Antoni Podolak. – Nigdy jakoś nie interesowałem się zdjęciami, które wykonywał mój ojciec. Znaczną część z fotografii, które udało mi się ostatnio odnaleźć zrobiła jego siostra Teodozja. Ona była nauczycielką. Nie wiem jednak jak negatywy znalazły się na strychu mojego domu i kto z nich tak naprawdę jest ich autorem.
Skąd takie wątpliwości? Rodzina Podolaków miała podczas wojny dwa aparaty fotograficzne: mieszkowy i małoobrazkowy. Być może rodzeństwo się nimi wymieniało. Tak czy owak, na pewno byli to bardzo zdolni ludzie.
– Jestem zdumiony tym co na tych zdjęciach zobaczyłem – mówił Adam Gąsianowski. – Mają one nie tylko walor dokumentacyjny, ale także wartość artystyczną. Ludzie, którzy je oglądają są wzruszeni. Widzą świat, który przeminął. To tak jakbyśmy wspólnie oglądali wielki, rodzinny album mieszkańców Zamojszczyzny sprzed ponad 70 lat.
Pamiątka ze stalagu
Miałem zaszczyt, jako jeden z pierwszych, oglądać ocalone przez pana Adama zdjęcia. Zdumienie było ogromne, bo na kilku rozpoznałem mojego ojca, który w 1943 r. miał zaledwie cztery lata. Identyczne zdjęcia przechowuję w albumie rodzinnym. Te fotografie zostały wykonane w miejscowości Stanisławka w gm. Sitno (tam był rodzinny dom moich dziadków). W rodzinie opowiadano, że zrobił "je jakiś fotograf" (dziadkowie nie mieli wówczas własnego aparatu fotograficznego). Zdjęcia ojca wykonano na prośbę mojej babci Marianny Nowak ze Stanisławki. Zostały wysłane Janowi Nowakowi (był on żołnierzem wojny obronnej w 1939 r., trafił do niemieckiej niewoli, z której wyzwolili go dopiero alianci). Fotografie wysłano do obozu jenieckiego w Niemczech. Skąd to wiadomo? Z tyłu przybito na nich pieczątkę "Stalag XI B" oraz cyfrę "21".
Po wojnie mój dziadek przywiózł te zdjęcia do domu. W albumie rodzinnym przeleżały dziesiątki lat.
Na innych zdjęciach odnalezionych przez Antoniego Podolaka udało się natomiast zidentyfikować dwie moje ciocie: Jadwigę i Helenę z domu Nowak, moją prababcię, Apolonię Sztafiej oraz m.in. Adelę Farion, jedną z kobiet mieszkających w rodzinnej wsi dziadków. W zbiorze znalazło się także kilkanaście innych, tajemniczych fotografii, a na nich nieznani mi ludzie. Znajome było tylko „otoczenie”. Sfotografowane osoby stały bowiem na podwórku dziadków w Stanisławce oraz w przydomowym sadzie i tytoniu (uprawiano go w sąsiedztwie gospodarskich budynków). Byli, jak na warunki wojenne, dobrze ubrani.
– Po raz pierwszy widzę te zdjęcia! – dziwił się 77-letni wówczas Franciszek Nowak, mój ojciec, gdy zobaczył odnalezione fotografie. – Pamiętam dobrze tych ludzi. W domu rodziców w Stanisławce przez całą okupację ukrywało się pięć osób. To uciekinierzy z zajętej przez Niemców Warszawy. Oni byli znajomymi kuzyna Wiktora Karwiny z Jarosławca i to dzięki kontaktom z nim trafili do naszego domu.
Franciszek Nowak twierdzi, że najpierw w Stanisławce zjawili się: kobieta o nazwisku Paciorkowska i jej mąż (imion tych ludzi nie pamięta) oraz ich córki: Niusia i Lilka. Potem przybyła także inna warszawianka. Była ona siostrą cioteczną pani Paciorkowskiej. Ta kobieta nazywała się Mięcikowska.
– Nie wiem, dlaczego musieli z Warszawy uciekać – zastanawia się Franciszek Nowak. – Podczas okupacji często jeździli jednak do stolicy. Z tego co wiem, wyprawiali się tam ze stacji kolejowej w Miączynie. W Warszawie handlowali tytoniem i bimbrem, który wozili ze Stanisławki. Do nas przywozili stamtąd ubrania i inne rzeczy. Oni pomagali nam, my im. Zaraz po wojnie ci ludzie wrócili do Warszawy. Mieli dom przy ul. Górczewskiej (w warszawskiej dzielnicy Wola – dop. autor). Czasami do nich jeździłem, oni też odwiedzali moich rodziców. Pani Paciorkowska zawsze była dla mnie życzliwa. To była dobra, ciepła osoba. Gdy miała 69 lat, owdowiała. Wtedy znowu odwiedziła Stanisławkę. I tam poznała pewnego pana ze Sławęcina. Wyszła za niego za mąż. W wieku 70 lat!
Anna Brzozowska, wieloletnia, zamojska dziennikarka rozpoznała natomiast na niektórych fotografiach kościół w Kolonii Orłów Murowany (gm. Izbica). Tam mieszkańcy gminy Skierbieszów wędrowali na odpusty. W takim miejscu nie mogło także zabraknąć fotografów.
Potwierdziła ta jedna z miejscowych kobiet. – W Orłowie Murowanym były kiedyś niezwykłe, sławne odpusty. Wypadały one 7 sierpnia, ale jeśli była taka potrzeba, przenoszono je na najbliższą od tej daty niedzielę. Przed wojną przyjeżdżali wówczas do naszego kościoła mieszkańcy okolicznych wsi, znajdujących się w promieniu kilkunastu kilometrów. Stawały wówczas liczne stragany ze świętymi obrazami, lodami, słodyczami, szczypami. Pięknie było – opowiadała w 2016 r. wówczas 91-letnia Józefa Antyga z domu Prokop, mieszkanka miejscowości Kryniczki (gm. Izbica). – Fotografów też można było zobaczyć.
Sławne odpusty odbywały się tam podobno także podczas ostatniej wojny. Być może ich uczestnicy także zostali uwiecznieni na starych fotografiach rodzeństwa Podolaków. Adam Gąsianowski próbował to wszystko zbadać, wyjaśnić.
– Ponad 30 zdjęć udostępniłem różnym mediom. Zostały one także opublikowane na stronie internetowej Urzędu Gminy Skierbieszów – mówi Adam Gąsianowski. – Były tego efekty. Ludzie zaczęli rozpoznawać różne miejscowości, członków swoich rodzin, sąsiadów itd. Niektóre reakcje były wzruszające.
Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego, fascynującego! Antoni Podolak skontaktował nas z... Teodozją Drobik z domu Podolak. Pojechaliśmy do jej domu w Lublinie. Kobieta przyjęła nas bardzo ciepło i opowiedziała o swoich fotografiach oraz historii rodziny Podolaków. Wyjaśniła także niektóre zagadki.
Dzieje rodziny Podolaków
– Fotografowanie podczas wojny było dla mnie koniecznością, ale także wielką przyjemnością. Razem z bratem chętnie robiliśmy m.in. zdjęcia dzieci, bo one nas o to prosiły. Nie mieliśmy serca, aby im odmówić (wtedy takie fotografie można było już zrobić szybko; technika ich wykonywania była znacznie bardziej zaawansowana niż np. na początku XX w. – dop. autor). – wspominała Teodozja Drobik. – Wszędzie chodziłam z aparatem fotograficznym. Dzisiaj dziwię się, że nikt mi go wówczas nie ukradł.
Byliśmy ciekawi wszystkiego. A wspomnienia pani Teodozji rozpoczynały się jeszcze... w 1914 r. Okazało się, że miały one w całej tej historii niebagatelne znaczenie.
– Podczas I wojny światowej doszło do rodzinnej tragedii – wspominała pani Teodozja. – Przez Zamojszczyznę w 1914 r. przetaczał się front austriacko-rosyjski. Zdarzyło się, że mój dziadek Wojciech Podolak jechał wówczas wozem. Zobaczyli go austriaccy żołnierze. Krzyczeli, żeby stanął, ale on tego nie zrobił. Wtedy padł strzał. Dziadek został ranny w kolano. I ta rana okazała się śmiertelna. Dziadek mieszkał wówczas wraz z żoną w Huszczce Małej. Ich dzieci miały na imię Anna, Maria, Jan i Józef. Ten ostatni to był mój ojciec.
Wojciech był podporą rodziny. Jednak dzięki pozostawionemu przez niego majątkowi jego dzieci mogły rozpocząć własne życie.
– Rodzina początkowo nie miała gdzie się podziać, bo podczas I wojny nie tylko zginął dziadek, ale także jego zabudowania zostały zniszczone (strawił je pożar – dop. autor) – wspomina pani Teodozja. – Dziadek pozostawił jednak duże, 32-morgowe gospodarstwo. Zostało ono podzielone na cztery części. W ten sposób każde z dzieci Wojciecha dostało po 8 mórg (jedna morga to ok. 0,56 ha). Mój ojciec kupił wówczas w miejscowości Osiczyna budynek po dawnym spichlerzu. Został on przeniesiony do Huszczki Małej. Postawiono go na gruncie, który odziedziczył.
To był dom, w którym pani Teodozja się wychowywała.
– Gdy ojciec się żenił, był już we wsi uważany za starego kawalera... Wybranką jego serca była młodsza od niego o ponad 20 lat Marianna, która wcześniej pracowała u mojego dziadka jako robotnica. Dziewczyna miała wówczas 18 lat. To była moja mama – opowiada pani Teodozja. – W 1934 r. mój ojciec zmarł. Był wcześniej ciężko chory, chyba na astmę. Matka nie została jednak sama. Moi rodzice mieli pięcioro dzieci: Lucjana, Wincentego, Teofilę, Apolonię i Teodozję, czyli mnie. Byliśmy zgrani, nigdy od rodzeństwa nie zaznałam żadnej przykrości. Lutek był starszy ode mnie o siedem lat. On ukończył gimnazjum w Krasnymstawie, a potem Liceum Pedagogiczne w Lublinie. 16 czerwca 1940 r. został przez Niemców schwytany i trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Tam pozostał do końca wojny. Wyzwolili go Amerykanie.
Po śmierci ojca pani Teodozji jego obowiązki przejął Wincenty Podolak.
– On był ode mnie starszy o 20 lat. Miał wiele talentów. Świetnie sobie radził z maszynami rolniczymi. Sam zmajstrował jakiś ciągnik, żniwiarkę itd. Prawo jazdy zrobił jeszcze przed wojną we Lwowie. Grał też na skrzypcach. Nie tylko. Jeszcze przed wojną mój brat Lutek kupił w Krasnymstawie aparat fotograficzny. Był on mieszkowy, ustawiało się go na statywie. Potem bracia nabyli też inny aparat marki "Contax" (był to wówczas jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie aparatów fotograficznych). To Wincentego wciągnęło. Sam zrobił powiększalnik fotograficzny, ciemnię itd.
– Wszystko, co było fotografowi potrzebne mieliśmy w domu – zapewnia pani Teodozja. – Wincenty nie traktował raczej swojej fotograficznej pasji jako zawodu czy źródła dochodu. Taka była jego natura. Za uczenie ludzi muzykowania też nie brał pieniędzy (po wojnie prowadził kilka zespołów młodzieżowych m.in. w Wysokiem oraz w okolicach Skierbieszowa). Po prostu wykonywał zdjęcia ludziom, którzy go o to poprosili: rodzinie, znajomym. Czasami fotografował też wesela, pogrzeby czy różne uroczystości. Robił piękne zdjęcia. A przecież Wincenty w każdej dziedzinie, także w fotografii, był samoukiem.
Osobowość Wincentego wywarła wielki wpływ na życie pani Teodozji.
– Byłam z całego rodzeństwa najmłodsza. Urodziłam się 7 marca 1920 r. w Huszczce Małej. Do 7-klasowej podstawówki uczęszczałam w Skierbieszowie. Ta szkoła nosiła imię Ignacego Mościckiego i miała dobry poziom. Budynek, w którym się znajdowała, był murowany, piętrowy i dobrze wyposażony w pomoce naukowe. Moja klasa liczyła ponad 20 osób – wspomina pani Teodozja. – Wśród nich były dwie Żydóweczki: Małka Haimówna oraz dziewczynka o imieniu Cytra. Pamiętam też Eliego o nazwisku Boim. Jego ojciec miał sklep w Skierbieszowie. Wszystkie dzieci były w naszej klasie traktowane jednakowo. To nie musiało być w tych czasach normą...
– Zawdzięczaliśmy to dobrze wykwalifikowanej kadrze nauczycielskiej. Byli to ludzie na wysokim poziomie – podkreśla pani Teodozja. – Pamiętam, że jedna z moich nauczycielek nazywała się Pietrzakowa. Był też pan o nazwisku Bisch, który pochodził z Galicji. Do tej szkoły uczęszczałam chętnie, a chodziłam tam na piechotę. Z Huszczki Małej do Skierbieszowa – na skróty, przez pola – było jakieś pięć kilometrów. Nieraz musiałam brnąć do szkoły przez błoto, aż mi buty spadały... Szkołę skończyłam w 1935 r. I zostałam w rodzinnym gospodarstwie. U nas w domu się nie przelewało, dlatego nie miałam śmiałości powiedzieć, że chciałabym się kształcić dalej.
Wysiedlenie
Według spisu z 1921 r. w Huszczce Dużej stało 56 domów, w których żyły 332 osoby. Natomiast w sąsiedniej Huszczce Małej było 26 domów w których naliczono 186 mieszkańców. Obie miejscowości zostały 6 listopada 1941 r. wysiedlone w ramach tzw. próbnej akcji wysiedleńczej. Gospodarstwa wypędzonych Polaków zajęli niemieccy koloniści oraz volksdeutsche.
– Niemcy zebrali wszystkich i popędzili w stronę Zamościa. Tak stało się także z moją rodziną, chociaż mnie udało się jakoś uciec... Pognano ich do tzw. kawalera (chodzi o zamojski Nadszaniec), a potem popędzono dalej, w okolice Teptiukowa. Taka to była tułaczka... – opowiada pani Teodozja. – Potem moja rodzina wróciła do Zamościa. Ja do nich wówczas dołączyłam. I wtedy Niemcy powiedzieli nam, że wysiedleńcy mogą wyjechać dokąd chcą, aby tylko nie wracali do rodzinnych wsi... Zabraliśmy matkę i w Wigilię 1941 r. przyjechaliśmy do Kalinówki (gm. Skierbieszów).
Ta wieś znajdowała się zaledwie kilka kilometrów od Huszczki Małej. Kalinówka to niezwykle urokliwa miejscowość. Znajduje się na zachodnim skraju gminy Skierbieszów. Okoliczne, łagodne wzniesienia oraz gęste, pachnące lasy nadają jej malowniczy, niemal górski charakter (miejscowość leży w obrębie Działów Grabowieckich). Wieś ma też długą i bogatą historię.
– Zamieszkaliśmy w tej wsi na tzw. górce. Tam schroniliśmy się w jednym z gospodarstw. Kalinówka nie była podczas wojny wysiedlona. Jednak w niej również żyło się bardzo ciężko – wspomina pani Teodozja. – Także dlatego zaczęłam fotografować. Właściwie od tego czasu to głównie ja wykonywałam zdjęcia, bo brat przekazał mi sprzęt fotograficzny, który udało się ocalić. Z tego próbowaliśmy żyć. Mieliśmy też brata Lutka w obozie koncentracyjnym. Musieliśmy mu pomóc... Ja wykonywałam zdjęcia m.in. do kenkart (chodzi o dokument tożsamości wydawany przez okupacyjne władze, pokazywaliśmy takie dokumenty z naszych zbiorów niedawno – dop. autor), ale także robiłam fotografie całym rodzinom i wszystkim, którzy o to prosili. Nie byłam zdziertusem. Za moje zdjęcia nie brałam wielkich kwot. Za zdobyte w ten sposób pieniądze kupowaliśmy jedzenie i potrzebne rzeczy także dla brata w obozie. On po wojnie napisał do nas, że gdyby nie ta pomoc, nie byłby w stanie przeżyć. Miałam o co się starać...
W tym czasie zdjęcia w Kalinówce i okolicy tej wsi wykonywali jedynie Podolakowie. A pani Teodozja była jedyną kobietą zajmującą się fotografią. To warto podkreślić! Co ciekawe, w odzyskanym przez Adama Gąsianowskiego zbiorze są także zdjęcia pozujących niemieckich żołnierzy oraz kolonistów. Takich fotografii jest kilkadziesiąt. W jakich okolicznościach zostały wykonane?
– Huszczka była miejscowością nasiedloną przez Niemców. Niedaleko Kalinówki, w której podczas wojny mieszkałam, był ich posterunek. Może oni także poprosili o zdjęcia... Nie wiem... – zastanawia się pani Teodozja. – Nie pamiętam, żebym to ja im takie fotografie robiła lub wykonywano je w mojej obecności (wygląda na to, że zrobił je Wincenty Podolak). Mogło tak się stać z wielu powodów. Jeszcze podczas wojny zachorowałam na tyfus. Leżałam przez kilka tygodni w zamojskim szpitalu.
Po chwili dodała: – Nasza rodzina z obawy przed planowanymi wysiedleniami (o których krążyły różne pogłoski) przenosiła się z miejsca na miejsce. Przez jakiś czas mieszkaliśmy np. razem z matką i bratem Wincentym w Łosiczynie. Tak udało nam się jakoś tę wojnę przetrwać.
W 1945 r. ziściły się marzenia pani Teodozji. Rozpoczęła naukę w Liceum Pedagogicznym w Lublinie. Kształciła się tam cztery lata. Potem była m.in. nauczycielką w Szkole Podstawowej w Piotrkowie Trybunalskim.
W wieku 31 lat wyszła za mąż za Jana Drobika. Miała z nim dwoje dzieci: Teodozję oraz Tomasza. W 2016 roku pani Teodozja Drobik z domu Podolak miała 98 lat. Adam Gąsianowski pokazał jej cały zbiór fotografii, który udało mu się ocalić. Kobieta była wzruszona.
– Mnóstwo sytuacji uwiecznionych na tych zdjęciach uleciało z mojej pamięci. Nie pamiętam wielu twarzy, nazwisk, miejsc – mówi pani Teodozja. – Jednak to, że mogłam te zdjęcia po tylu latach zobaczyć jest bardzo ważne.
W listopadzie 2017 r. w skierbieszowskim Gminnym Ośrodku Kultury otwarto wystawę pt. Czar starej fotografii w obiektywie Teodozji i Wincentego Podolaków. Ekspozycja została przygotowana przez miejscowy Gminny Ośrodek Kultury oraz Adama Gąsianowskiego (wcześniej można ją było oglądać na zamojskim Starym Mieście). Na wernisaż przybyło wiele osób. Byli to regionaliści, miłośnicy fotografii i mieszkańcy okolicznych gospodarstw. Gości przywitał Stanisław Sokal, wójt gminy Skierbieszów. Następnie dyskutowano o historii i tajnikach starej fotografii oraz m.in. miejscowych zwyczajach pogrzebowych (pretekstem było kilka prezentowanych na ekspozycji zdjęć). Dopiero pod koniec spotkania okazało się, że przybył na nie pewien niezwykły gość...
– Z Lublina przyjechał pan Mirosław Podolak, jeszcze jeden syn Wincentego Podolaka i przekazał kolejne pudło ze starymi negatywami. Nie spodziewałem się tego! – raduje się Adam Gąsianowski. – Te zdjęcia także zostały wykonane przez rodzeństwo Podolaków (mają format: 6 na 6 cm). Czy udało się nam już zgromadzić wszystkie fotografie wykonane przez rodzeństwo Podolaków? Myślę, że nie. Bez wątpienia wiele wykonanych przez nich zdjęć znajduje się jeszcze w domowych albumach, w starych szafach, gdzieś na strychach. Są częścią pamięci o ludziach żyjących kiedyś w gminie Skierbieszów i okolicznych miejscowościach. Stanowią również ważny element całych dziejów zamojskiej fotografii w pierwszej połowie XX wieku.
Wspólnie z Gminą Skierbieszów Bogdan Nowak i Adam Gąsianowski jakiś czas temu wydali album pt. „Skarb znaleziony na strychu”. Zamieszczono tam setki zdjęć wykonanych przez Teodozję i Wincentego Podolaków. Potem pojawiły się także w innej publikacji. Był to album „Zwykłe historie. Fotograficzny portret gminy Skierbieszów”.
Obie, wydane w tysiącach egzemplarzy zostały rozdane mieszkańcom Skierbieszowa i okolicznych miejscowości.
Przyjęto je wyjątkowo ciepło.
Zdjęcia ze zbiorów Bogdana Nowaka i Adama Gąsianowskiego.