Myśleliśmy, że się niebo wali. Pacyfikacja Soch przed trzecią falą wysiedleń Zamojszczyzny
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 50 razy
- Wydrukuj
Uoczystości rocznicowe w Sochach, foto: Bogdan Nowak
Barbarzyńcy w niemieckich mundurach
Michał Bojarczuk był kronikarzem, regionalistą oraz m.in. wieloletnim dyrektorem I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Zamoyskiego w Zamościu. Jego wspomnienia zostały spisane w 1960 roku. Owe bezcenne zapiski udostępniła nam Marta Pfeifer, wiceprezydent Zamościa – wnuczka Michała Bojarczuka. Autor wspomnień chciał porozmawiać z tymi, którzy ocaleli z niemieckiego pogromu. Najpierw opisał jednak swoją podróż. Wyjechał autobusem z Zamościa do Zwierzyńca, a potem ruszył przez wspaniały, zwierzyniecki las. Dotarł do malowniczych Soch po trzykilometrowym marszu. To stara wioska. Pierwsze wzmianki o wsi Sochy pochodzą jeszcze z 1839 roku. Jak pisze Józef Niedźwiedź w swoim „Leksykonie historycznym miejscowości dawnego województwa zamojskiego”, miejscowość należała wówczas do unickiej (a potem prawosławnej) parafii w Tereszpolu oraz ordynackiej gminy Zwierzyniec. Ze spisu z 1921 wynika, iż stało tam 70 domów w których żyło 379 osób, w tym pięcioro Żydów. Wówczas wieś należała do gminy Tereszpol. Wiadomo, że w 1943 roku w Sochach istniało 250 gospodarstw.
Ta wioska była i nadal jest zachwycająca. Wokół niej można oglądać malownicze, roztoczańskie pagórki poprzecinane kolorowymi, wąskimi wstęgami chłopskich pól. W sąsiedztwie znajduje się m.in. Góra Bukowa – obecnie jedna z najważniejszych atrakcji Roztoczańskiego Parku Narodowego (wiodą tam szlaki turystyczne). Wokół rozciągają się także roległe – pachnące żywicą – lasy. Trzeba je przebyć, jadąc czy wędrując do Soch: także od strony Zwierzyńca. Taką drogę przeszedł wędrowiec Michał Bojarczuk. Jakie były jego przemyślenia z tego czasu?
„Wierzyć mi się nie chciało, że z łona tego narodu wyszli Schiller, Goethe, tylu uczonych i myślicieli. Spoglądając na okoliczne góry i szumiący sosnowy las, przeżywałem w duszy głęboki smutek. Dziecko swoją niemocą najbardziej rozczula i rozrzewnia starszego człowieka, dzieci z Soch, w tym dniu gniewu i klęski, nie były wysłuchane, z ogromnym przerażeniem ginęły w męczarniach (...)” – pisał Michał Bojarczuk. „Nie chęć odwetu dyktuje mi te słowa, ani chęć zemsty, byłoby to uczucie niskie, ale zwykły żal czującego człowieka. Spoczęli wszyscy we wspólnej mogile, drzewa im szumią, śpiewają ptaki i to straszne przerażenie w chwili konania zapadło głęboko w mogiłę. Biedni są ludzie w Sochach, dużo jest takich, którzy nawet krewnych nie mają i nie mają kogo prosić na własne wesele. Z powodu tej tragedii Sochy stały się głośne na całą Polskę”.
Zaraz na początku tej miejscowości Michał Bojarczuk natknął się na ogrodzony cmentarz pomordowanych ofiar. Wybrał się tam. „Długo błądziłem wśród grobów: niektóre bez krzyży, już zapomniane, na innych drewniane, murszejące i kilka murowanych” – czytamy w jego zapiskach. „W pomnikach tych trudno szukać sztuki, proste jak życie tych ludzi, napisy krzywe, z błędami, zamazane. Sochy, Kikuty, Rataje, Oprzyńscy i inni (…), leżą na wspólnym małym cmentarzu, pomniku okrucieństwa i zbrodni narodu niemieckiego, a bohaterstwa i ofiary dla sprawy narodowej tych prostych, biednych chłopów zapadłej i zapomnianej wsi polskiej”.
Autora ogarnął ogromny smutek. Ze spuszczoną głową opuścił cmentarz, a potem ruszył w stronę jednego z zabudowań. Tam był umówiony z kobietą, która pamiętała brutalną pacyfikację. Kim była? „Sochowa rej wodzi w domu i we wsi, jest pełnomocnikiem Gromadzkiej Rady Narodowej, członkiem Komitetu Budowy Szkoły, ma wszędzie posłuch, mówi rzeczowo i logicznie, dba o sprawy społeczne. Ją w pierwszym rzędzie proszę, by mi opowiedziała całe zdarzenie. Usiadła przy kominie, patrzy prosto w oczy, widać z całej postawy, że mówi prawdę” – pisał Michał Bojarczuk.
Co usłyszał? „Panie, tego nie da się opowiedzieć, bo to była Sodoma i Gomora” – mówiła Sochowa. „Wieś nasza liczyła 150 budynków, a pozostały tylko dwie chałupy, obora i jedna stodoła, reszta poszła z dymem, straszny był pożar (...). Myśmy ocaleli przez to cielę, bo widzi pan, rano trzeba było wyprowadzić krowę. Przypiąłem cielę, a ono się urwało, to ja za nim. A tu Niemcy, a jeden, który najbliżej stał, powiedział: ”Matka, uciekaj”. I u nich trafiali się porządni ludzie, mało, ale byli. To ja pobiegłam do chałupy i zaczęłam krzyczeć, żeby się chować. Wybiegliśmy w pole i schowaliśmy się w zbożu. Najgorsi to byli Ukraińcy, co służyli Niemcom, ci palili i mordowali bez litości”.
Potem uciekinierzy zobaczyli lecące w stronę wsi, niemieckie samoloty. Miało ich być dziewięć, leciały w szyku „po trzy”. Rozmówczyni Michała Bojarczuka potwierdziła, iż lotnicy nie tylko zrzucali bomby, ale też strzelali z karabinów maszynowych. „Myśleliśmy, że już ostatnia godzina przyszła na nas, że się niebo wali, bo ziemia strasznie się trzęsła. Mąż mój do dziś nosi w prawej ręce odłamek bomby, na zmianę pogody boli go, nie może już tak pracować” – opowiadał Sochowa Michałowi Bojarczukowi. „Po dokonaniu zbrodni barbarzyńcy wycofali się do lasu w kierunku Zwierzyńca. Nawet jeden Niemiec był ranny od własnej bomby, zabrali go ze sobą jako ofiarę „bohaterskiej” zbrodni”.
W relacji poznajemy więcej szczegółów opisywanych wcześniej wydarzeń.
Żona zakryła męża własnym ciałem
„Były sceny mocno tragiczne. Skóra, widząc mordowanie bezbronnej ludności, podbiegł do Niemca, wyrwał mu karabin i roztrzaskał o drzewo; nie miał w sobie tyle odwagi, by zabić człowieka, nawet wroga, pod jego zgrzebną koszulą biło proste, ludzkie serce, człowiek był dla niego rzeczą świętą. Podbiegł do niego inny Niemiec i wystrzałem z karabinu pozbawił go życia. Zwalił się jak dąb i ziemię rodzinną obficie zrosił krwią własną, polską, chłopską. Aleksander Cielica, gdy Niemcy strzelali za nim, uciekł w żyto, lecz nie wytrzymał nerwowo, poderwał się, pobiegł do własnych zabudowań, wpadł do piwnicy i ocalał. Czesławowi Ratajowi zabili żonę, on wziął 3-miesięczne dziecko, dziewczynkę (...). Niemiec krążył dokoła niego i w pewnym momencie strzelił mu w twarz, runął na ziemię, dziecko od strzału zostało poparzone w pachwinę, ocalało. Ocalał również syn Józef, starszy od Weroniki. Proszę pana, gdy te sieroty dziś żenią się lub wychodzą za mąż, to nawet nie mają kogo prosić na wesele, samotni, sieroty. Zastępuję im rodziców i udzielam błogosławieństwa na nową drogę życia”.
Michał Bojarczuk zanotował także dalszą część opowieści. Rzuciła ona nowe światło na wiele koszmarnych wydarzeń, które odbyły się podczas tej niemieckiej, brutalnej pacyfikacji. „Oprzyński Szczepan, Gwizda Jan, Skóra Michał i Oprzyński Stanisław zostali ciężko ranni, Niemcy wrzucili ich żywcem do ognia, spłonęli. Żołdak Helena (?) (tutaj słowo jest niewyraźnie odbite – przyp. red.) była kaleką, w chwili krytycznej wzięła na ręce wnuczkę, chciała szukać ratunku, dopadli ją złoczyńcy, zastrzelili z wnuczką i również wrzucili do ognia” – opowiadała Sochowa. ”Gdy Szawarowie Michał i Katarzyna zostali zastrzeleni, ośmioletnia ich córka strasznie płakała przy zwłokach i nie chciała odejść, Niemcy odpędzali ją, a gdy to nie pomogło – zastrzelili. Do Szawary Janiny Niemiec strzelał trzy razy, raz w domu ranił ją w nogę, uciekła i schowała się w życie, dobiegł ją, drugi raz chybił, trzeci raz popadł w oko, które straciła, ale żyje. Kikut Anna prosiła bardzo, aby nie zabijali jej męża, Stanisława. Trzej Niemcy zlitowali się i odeszli, później przyszło czterech i też nie strzelali, znów przyszło dwóch, żona zakryła męża własnym ciałem. Strzelili. Żona została ranna w ramię, mąż dostał kulę w głowę. Żona ocalała, zostało troje małych dzieci. Budynki podpalili. Dobytek żywy prawie wszystek spłonął”.
Jak się domyślamy, kobieta wiedziała o tych wszystkich sytuacjach także z opowieści innych mieszkańców wsi. Są one dzisiaj bezcennym świadectwem. Z tych opowieści dowiadujemy się także, iż tuż po pacyfikacji, około godziny 12. we wsi pojawili się Niemcy w mundurach oraz „po cywilnemu”. Zabrali ocalałe krowy, konie. Przeszukali też skrzynie i inny dobytek pozostawiony przez mieszkańców Soch. „Jeden volksdeutsch złapał jałówkę i prowadził w kierunku Zwierzyńca i w lesie, nie wiem dlaczego, zastrzelili ją” – czytamy dalej. „Góra Agnieszka powiedziała do tych szakali: "Co wy robicie, tyle sierot zostało, z czego one będą żyć?" Nic nie pomogło, rabowali dalej, a niektórzy to mieli broń, więc baliśmy się ich. Rannych tośmy pozbierali i odstawili kolejką do szpitala w Biłgoraju. Ludzie, którzy wówczas nie nocowali w Sochach, ocaleli wszyscy, ale byli i tacy, którzy przyszli do krewnych lub znajomych, ci wszyscy zginęli. Widzi pan naszą wieś, to nie tak, jak wszystkie inne”.
Z relacji spisanej przez Michała Bojarczuka wynika, iż mieszkańcy Soch rzeczywiście wspierali partyzantów. Nie tylko ich. „Żydzi, którzy uciekali z kolejki, to przez las i do Soch, aby się tu posilić. Nie było nocy, żeby jakieś oddziały partyzanckie nie przechodziły przez wioskę, byliśmy ciągle narażeni na niebezpieczeństwo. Nawet Niemcy przebierali się w łachmany, a na wozie mieli mundury i czapki, tak szpiegowali i ścigali naszych partyzantów” – czytamy we wspomnieniach rozmówczyni Michała Bojarczuka. „Ludzie w Sochach są biedni, ale jak trzeba było, tośmy się dzielili ostatnim kawałkiem chleba, bośmy nie mogli patrzeć na nędzę. Za to wszystko taki nas los spotkał. Tyle sierot zostało i wdów, nie ma chłopów do pracy, my kobiety musimy orać i siać”.
Wołanie, płacz
Pod koniec 1942 roku niemieckie formacje wojskowe przy wsparciu m.in. ukraińskiej policji zaczęły przeprowadzać brutalne akcje przeciwko polskim partyzantom. Próbowano także brutalnie zastraszyć ludność Zamojszczyzny. 11 grudnia 1942 r. podczas wysiedlania wsi Kitów (gm. Sułów) Niemcy zabili 165 mieszkańców tej miejscowości, 23 grudnia spacyfikowano m.in. Białowolę (gm. Zamość), gdzie zabito 52 osoby (10 dni wcześniej Niemcy zamordowali w tej wsi 3 mieszkańców). Na początku 1943 r. okupanci przeprowadzili pacyfikacje kilku, kolejnych wsi (m.in. Huty Dzierążyńskiej). W sumie zamordowano w tych miejscowościach 147 osób.
18 maja 1943 roku doszło w Szarajówce (gm. Łukowa) – niewielkiej wsi na skraju Puszczy Solskiej: pomiędzy Chmielkiem, Łukową i Babicami - do kolejnej, niespotykanej, okropnej tragedii. Zbrodni dokonali Niemcy przy pomocy ukraińskich policjantów. Żywcem spłonęło wówczas około 60 osób (z różnych relacji wynika, że mogło zginąć od 58 nawet do 67 osób). Wśród nich była mająca jeden rok życia Julia Podsada, 4-letnia Ania Patłak, 5-letnia Marysia Patłak, 2-letnia Marysia Klecha, 5-letnia Bronisława Klecha, 10-letni Konstanty Podsada oraz podobno ponad 20 innych dzieci. Ile ich było dokładnie? Nie wiadomo. Niestety ustalono nazwiska tylko 41 pomordowanych osób.
Masakra została przeprowadzona na terenie gospodarstwa należącego dzisiaj do Jana Mołdy. W jaki dokładnie sposób? Mieszkańcy wioski zostali zamknięci w drewnianych zabudowaniach, które zostały przez oprawców podpalone. Z relacji Władysława Wierzbowskiego (był to jeden z ocalałych, więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku w Lublinie: jego relację udostępniła nam jakiś czas temu w maszynopisie Anna Buczko, wnuczka autora) wynika, że część z nich została także zapędzona do budynków należących do Józefa Klechy i Stanisława Krzeszowca. Nikt z upchniętych w tych gospodarskich budynkach ludzi nie przeżył.
„Usłyszeliśmy straszne krzyki, wołanie, płacz, jęki. Któryś z nas szepnął: nasi żywcem się palą” – pisał Władysław Wierzbowski. „Wkrótce ucichły jęki, krzyki i wołanie o pomoc palonych (…), rozlegał się jedynie trzask ognia i poczułem swąd ludzkich ciał, bardzo dobrze mi znany z obozu na Majdanku”.
- Kiedy Niemcy odjechali, do naszej wsi zaczęli przychodzić mieszkańcy okolicznych miejscowości. Dotarli na pogorzelisko, gdzie znaleziono szczątki spalonych – mówił ze wzruszeniem Jan Mołda. - Nie wszyscy zostali zupełnie spaleni. Niektóre matki przykryły dzieci własnymi ciałami. One były zwęglone, ale martwe maluchy pod nimi... już nie tak bardzo. To była niewyobrażalna tragedia. W tym miejscu stoją teraz nowe, należące do mojej rodziny zabudowania. Jakoś musimy z tym żyć.
W rodzinie Jana Mołdy zginęły w płomieniach trzy osoby. To 45-letnia Katarzyna Mołda, 15-letnia Anna oraz 7-letnia Janinka. Mieszkańcy wsi na tym ostatnim etapie pacyfikacji ginęli też w inny sposób. Jakimś cudem jednej z kobiet udało się wydostać z płonącego budynku. Ustalono, że była to Anastazja Paczwa. Kobieta została jednak zastrzelona. To wszystko odcisnęło się niezatartym piętnem na mieszkańcach tej miejscowości. Stanisław Furgała często rozmyśla o tragicznym losie mieszkańców rodzinnej wsi. Odwiedza też cmentarz na którym leżą pomordowani, także z jego rodziny. Leżą tm – jak mówi - „spaleni bliscy” z rodziny Furgałów: 26-letnia Maria, 8-letnia Wanda oraz 6-tygodniowy Józef. - Ta rana naprawdę nie jest jeszcze u miejscowych zagojona. I chyba nigdy nie będzie – mówił w rozmowie z nami.
Straszny los czekał także roztoczańskie Sochy. Brutalni najeźdźcy podejrzewali, że mieszkańcy tej wsi wspierali oddziały partyzanckie. 1 czerwca 1943 r. otoczono tę malowniczą wieś. Wyrwani ze snu mieszkańcy byli zaskoczeni. Nie bronili się. Kto mógł, uciekał w pola. Tam także trafiały ludzi niemieckie kule. Wiemy to dzięki bezcennym relacjom. Tamten czas opisywała w 1945 także Kazimiera Świtajowa, świadek pacyfikacji tej miejscowości. Relacja znalazła się w książce pt. „Zamojszczyzna – Sonderlaboratorium SS. Zbiór dokumentów polskich i niemieckiej z okresu okupacji hitlerowskiej”. Została wydana pod redakcją Czesława Madajczaka. Rzuca ona pełniejsze światło na zapiski zgromadzone przez Michała Bojarczuka.
„Wieś Sochy ciągnie się długim pasem przy drodze przytykając jednym końcem do lasu. Po obu stronach wsi są wysokie wzgórza, poza którymi do ostatniej chwili ukrywali się Niemcy przybyli do Zwierzyńca i od Biłgoraja przez sąsiednią wioskę Szozdy – czytamy we wspomnieniach Kazimiery Świtajowej (są one często cytowane w różnych publikacjach dotyczących pacyfikacji wsi Sochy). „Niemcy wpadali do mieszkań, zabijali ludzi i podpalali zabudowania. Domy zajmowały się jeden od drugiego, przerażeni ludzie uciekali, a wówczas bez wyjątku i bez litości zabijano mężczyzn, kobiety i dzieci. Zabijano kobiety w ciąży, niemowlęta przy piersi matek, dzieci uciekające z rodzicami. Niektóre z nich klękały błagając o darowanie im życia, ale to nie wzruszało dzikich oprawców”.
A dalej czytamy. „Rzucano ludzi żywcem w ogień, dobijano rannych. A byli wśród Niemców i tacy, co czynili to z sadystyczną rozkoszą i śmiejąc się szatańsko. Ludzie przeważnie byli tak zaskoczeni, zerwani nagle ze snu, że wcale się nie bronili” – wspominała Kazimiera Świtajowa. „Znalazł się jednak chłop, który wyrwał Niemcowi karabin i ze straszliwą siłą i pasją roztrzaskał go o słup, a sam został zabity na miejscu przez drugiego Niemca. Dlaczego nie grzmotnął tym karabinem Niemca? Pozostanie to zagadką psychologiczną ginącego człowieka”.
Jak wspomina autorka tych zapisków, przerażeni mieszkańcy wsi uciekali w pola i w kierunku lasu. Jednak tam także czekała na nich okrutna śmierć. „Około godz. 8 oddziały piesze po krwawej rzezi, wycofały się ze wsi, a dla dokończenia dzieła zniszczenia nadleciały niemieckie samoloty w liczbie około dziesięciu i zrzuciły kilkanaście bomb na pola sąsiadujące z domami, gdzie spodziewano się znaleźć ukrytych ludzi (...)” – czytamy we wspomnieniach Kazimiery Świtajowej”. „Lotnicy zniżali się nad same zboża wypatrując resztek żywych ludzi i siekli z karabinów maszynowych. Były to ich „ćwiczenia praktyczne”. Od bomb i kul znów zginęło kilkanaście osób. Gdy odleciały samoloty i odjechali wszyscy Niemcy, została po nich tylko paląca się wieś, a wśród gruzów i zgliszcz długo jeszcze rozległy się rozpaczliwe krzyki rannych i poparzonego bydła”.
Dokładna liczba ofiar pacyfikacji Soch nie jest znana. Na tablicy cmentarnej w tej miejscowości możemy przeczytać, że 1 czerwca zabito 185 mieszkańców Soch. Było to 88 mężczyzn, 52 kobiety i 45 dzieci. Jednak Władysław Sitkowski w książce pt. „Sochy dawniej i dziś” wyliczył, że podczas pacyfikacji zginęły 194 osoby. Tuż po masakrze odnaleziono 33 osoby, które były ranne (7 osób potem zmarło, stąd m.in. mogły wynikać rozbieżności co do liczby ofiar). Niektóre „ocalenia” uznano niemal za cud. Rannych odsyłano do szpitala m.in. w Biłgoraju. Wśród nich znalazła się Bronisława Szawara.
„Z całej rodziny została mi mała, sześcioletnia siostrzyczka Marysia, która tułała się po tym spalenisku, tuląc się do ludzi, którzy ocaleli z tego pogromu” – wspominała po latach.
Wojsko wycofało się z Soch po godzinie 8. „Samoloty odleciały, a Sochy dalej paliły się, ryczało poparzone bydło, jęczeli i krzyczeli ranni” – pisał Michał Bojarczuk.
Po pewnym czasie do Soch przybyli także mieszkańcy okolicznych miejscowości: Polacy. Zobaczyli przerażający obraz.
„Dymiące zgliszcza i wszędzie dookoła na drogach, w ogrodach, po polach, po lesie setki trupów. Gdzieniegdzie leżało po kilkanaście osób. Duże rodziny wybito co do nogi” – czytamy we wspomnieniach Kazimiery Świtajowej. „Okropny widok przedstawiały zwęglone zwłoki, na które nie mogli patrzeć najbardziej nerwowo wytrzymali ludzie. Przede wszystkim szukano rannych, by im udzielić pomocy. Niektórych opatrzono na miejscu, innych oddano do szpitali. Daleko w zbożu znaleziono martwą kobietę, a obok niej dwoje żywych bliźniąt, niemowląt 3-miesięcznych. Jakimś cudem dzieci te ocalały. Jedna kobieta została postrzelona w ramię w chwili, gdy zasłaniała sobą męża, z różańcem w ręku prosząc, by go nie zabijano. Lecz to nic nie pomogło. Przy trupach kobiet i mężczyzn znajdowano konwulsyjnie, rączkami uczepione do nich dzieci – również martwe. Trup jakiegoś mężczyzny w pozycji na pół klęczącej obejmował drzewo. Niektóre trupy starszych gospodarzy trzymały w zaciśniętej kurczowo dłoni święty obrazek”. Zabudowania wsi spłonęły niemal doszczętnie. Ogień ominął jedynie trzy gospodarstwa. Wieść o tej tragedii lotem błyskawicy obiegła całą Zamojszczyznę. „Straszne rzeczy działy się wczoraj w Sochach” – pisał w swoim dzienniku pod datą 2 czerwca 1943 roku Zygmunt Klukowski, lekarz, społecznik oraz kronikarz ze Szczebrzeszyna. „Najpierw otoczono wieś, po czym wybijano ludzi i podpalano zabudowania. Następnie nadleciały samoloty i obrzuciły bombami palącą się wieś (…). Dziś jeszcze trupy leżą nie pogrzebane. Opowiadał mi o tym między innymi ordynat (Jan) Zamoyski, który widział te trupy na własne oczy”.
Wieść o pacyfikacji Soch wstrząsnęła mieszkańcami całej Zamojszczyzny. Szeroko komentowano ją także w konspiracyjnej prasie. W efekcie zapadła decyzja o pomszczeniu ofiar. „W odwet za masowy mord ludności polskiej we wsi Socha (chodzi o Sochy – przyp. red.) spalona została przez oddziały własne wzorcowa wieś osadników niemieckich Siedliska (gm. Mokre, pow. Zamość) w nocy 5/6 VI 43. Spalono 140 zagród, 60 Niemców zabitych, przy braku strat własnych – czytamy w „informacji bieżącej”, wydanej tuż po tej akcji przez Armię Krajową”. Atak wykonały oddziały AK: Adama Piotrowskiego ps. „Dolina”, Jana Turowskiego ps. „Norbert” oraz Tadeusza Kuncewicza ps. „Podkowa”. W sumie uczestniczyło w niej 182 partyzantów. Dowodził nimi Stefan Prus ps. „Adam”. Niemcy byli zaskoczeni. Jednak to ich nie powstrzymało. Niebawem rozpoczęli tzw. trzecią falę wysiedleń Zamojszczyzny. Nosiła ona kryptonim „Werwolf”. Towarzyszyły jej kolejne akcję pacyfikacyjne.
Jednak ludzie, którzy w Sochach pozostali przy życiu próbowali jakoś poradzić sobie w tej nowej rzeczywistości.
Życie swe dali
„Urodziłam się w Sochach 26 sierpnia 1926 roku. Ukończyłam siedem klas szkoły, w tym dwa lata podczas okupacji niemieckiej. W roku 1943, 1 czerwca, Niemcy podczas pacyfikacji naszej wioski wymordowali prawie 200 osób, w tym i moich rodziców (Antoniego i Katarzynę Nizio), i brata, a całą wioskę spalili” – wspominała Bronisława Szawara, poetka pochodząca z tej miejscowości. „Ja zostałam ranna i leżałam przez trzy miesiące w szpitalu w Biłgoraju.
Tragedia miejscowości Sochy została opisana w słynnej książce Anny Janko pt. „Mała zagłada”. Autorka opowiedziała w niej także o wojennej traumie oraz swoim dzieciństwie, naznaczonym tragicznymi wspomnieniami matki. Także Bronisława Szawara chciała przelać swoje wojenne doświadczenia na papier. Jej rozproszone utwory udało się zebrać i ułożyć w tomik. Publikacja nosi tytuł „Wiejskie jestem dziecię” i została wydana w 2020 roku przez Centrum Kultury i Bibliotekę Publiczną w Zwierzyńcu. Wiersze opracowały i dokonały ich wyboru Agnieszka Maciocha i Joanna Szpuga, pracowniczki tej instytucji. Na początku tej publikacji Bronisława Szawara opowiedziała o sobie i swoim losie. To także ważna relacja.
„Ja po powrocie ze szpitala wraz z nią tułałam się po spalonych piwnicach, nie mając gdzie mieszkać i z czego żyć, gdyż pracować nie mogłam. W roku 1946 wyszłam za mąż za chłopca z naszej wioski (chodzi o Romana Szawarę) i na tych zgliszczach po rodzicach zaczęliśmy budować najpierw małą budkę dla siebie i krowy, i konia, aby było gdzie mieszkać” – wspominała Bronisława Szawara. „Ciężki był nasz dorobek, bo ciężko chorowałam. Dzieci miałam pięcioro, w tym dwie córeczki mi zmarły na dyfteryt w wieku kilku miesięcy. A dwóch chłopców i córkę wychowałam. Często w tamtych czasach proszono mnie o wspomnienia z pacyfikacji naszej wioski, jako nielicznego, żyjącego świadka. Ja te wspomnienia opisałam w postaci wiersza i tak zaczęła się moja praca autorska”.
W wierszu pt. „Moja Wioska rodzinna Bronisława Szawara napisała: „Nawet ten cmentarz za wsią/ Pod lasem gdzie za swą szkołą/ Chodzimy czasem/ I on pamięcią/ W mym sercu stoi/ Bo tu zginęli/ Dziadkowie moi/ Za naszą Wolność/ Życie swe dali/ Trzeba abyśmy to pamiętali”.
(tekst jest częścią powstającej właśnie książki Bogdana Nowaka pt. „Werwolf’43. Trzecia fala wysiedleń Zamojszczyzny”. Został przygotowany m.in. na podstawie niepublikowanych dotąd wspomnień Michała Bojarczuka, udostępnionych przez Martę Pfeifer, wiceprezydent Zamościa. Książka zostanie wydana wspólnie przez Archiwum Państwowe w Zamościu oraz Książnicę Zamojską w Zamościu. Prawdopodobnie do rąk Czytelników trafi w połowie 2027 roku.