Reklama

Przymusowe lądowanie „Mewy” we wrześniu 1939 roku. Co wydarzyło się na polach wsi Hubale Kolonia?

Samolot LWS-3 Mewa (prototyp). Fot. Wikipedia Samolot LWS-3 Mewa (prototyp). Fot. Wikipedia
- To była połowa września 1939 roku. Na Zamojszczyźnie trwały walki z Niemcami. To wówczas na lotnisku w Mokrem miał lądować pewien polski samolot – opowiadała nam jakiś czas temu Paweł Frącek, miłośnik historii z Zamościa. - Pilot zorientował się jednak, że lotnisko jest już zajęte przez Niemców. Dlatego wylądował na pobliskich polach, a potem kołował do wsi Hubale Kolonia, jakieś cztery kilometry dalej. Tam maszyna została podpalona. Tak przynajmniej o tym w okolicy mówiono.

Opowieści z dzieciństwa

Ta historia jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Chodzi o polski samolot, który we wrześniu 1939 roku musiał lądować na polach miejscowości Kolonia Hubale w powiecie zamojskim. Jaki to był model? Kiedyś uważano, że mogła to być RWD Czapla, słynny, polski samolot „towarzyszący”. Niedawno jednak ustalono, iż była to „Mewa”, maszyna produkowany przed II wojna światową w Lublinie. Jak do tego doszło?

Paweł Frącek jako dziecko mieszkał w miejscowości Hubale. Interesuje się historią wojskowości m.in. z czasów I i II wojny światowej. Opowieści o samolocie, który musiał lądować w okolicach wsi Kolonia Hubale słyszał od dzieciństwa. Kto wie, czy nie podsyciły one jego dziecięcych, historycznych zainteresowań.

- Mój dziadek opowiadał, że samolot po wylądowaniu „jechał po łąkach”, a Niemcy go ścigali na motocyklach. Załoga zachowywała się dzielnie, strzelec się ostrzeliwał z pokładu– wspomina Paweł Frącek. - Jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku można było zresztą oglądać duże szczątki tego samolotu. To były jakieś rury, chyba konstrukcje skrzydeł albo kratownica kadłuba. Miałem wtedy kilka lat, ale to pamiętam. Teraz te pozostałości znikły.

O tym co tak naprawdę wydarzyło się na polach wsi Hubale Kolonia dowiadujemy się z artykułu na łamach Polski Zbrojnej z 2018 roku (numer 2). Opublikowano tam tekst Wojciecha Krajewskiego pt. „Mewa podporucznika Gerarda Ranoszka”. Autor tekstu, podczas zbierania materiałów, dotarł do gospodarstwa Stanisława Bielaka z Kolonii Hubale.

Ucieczka lotników i... mostek z „Giganta”

Wspominał on wówczas, że na jego polu wylądował 15 lub 16 września 1939 r. samolot z biało-czerwonymi szachownicami na skrzydłach. Był to górnopłat z płóciennym poszyciem. Według tej relacji samolot wylądował na ściernisku, toczył się po nim 150 metrów, a potem wyhamował w sadzie.

Od spodu malowany był na jasnoniebiesko. Miał dwa karabiny w „nogach”, a jeden z tyłu. Lotników było dwóch” – wspominał Stanisław Bielak. „Wyskoczyli z kabiny. Mieli przy sobie pistolety. Spytali gdzie są Niemcy, bo Niemcy widzieli to lądowanie. Opowiadali, że przestrzelono im zbiornik paliwa, a paliwo wyciekło”.

Piloci chcieli zniszczyć samolot, aby nie dostał się w ręce wroga. Brakowało jednak paliwa, więc podłożyli podpaloną słomę. To nie przyniosło skutku. Wymontowali zatem jeden karabin maszynowy i uciekli z nim do lasu. Niebawem do wsi przybyli Niemcy i ruszyli w pościg. Lotnicy zdołali jednak im umknąć. Okupanci wymontowali z samolotu broń i m.in. amunicję, a potem go podpalili. Pozostał tylko szkielet maszyny. Stopniowo jego pozostałości były wymontowywane przez okolicznych gospodarzy, którzy brali „co komu było potrzebne”.

To się kojarzy z inną, opisywaną przez nas historią. Na Potoku Łosinieckim w Łosińcu (gmina Susiec) znajduje się niezwykły „wojenny” mostek. Został on wybudowany z wykorzystaniem kawałka dźwigara skrzydła Messerschmita 323 „Giganta”. Podczas II wojny światowej był to największy samolot transportowy na świecie. Jak trafił do Łosińca? Me 323 został 27 lutego 1944 r. zestrzelony w okolicach tej wsi przez partyzantów 1 Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej im. Sidora Kowpaka. Taki „materiał” nie mógł się zmarnować. Z elementów tego ogromnego samolotu wykonano mostek. Prawdopodobnie z rur „Giganta” wykonano także niektóre krzyże na grobach miejscowego cmentarza.

Lotnicze nowinki

Jaki samolot wylądował jednak w 1939 roku na polu, a potem w sadzie gospodarza ze wsi Kolonia Hubale? Wojciechowi Krajewskiemu udało się to ustalić. Bo w gospodarstwie pana Stanisława pozostał duży fragment kolektora spalin (otaczał z dwóch stron silnik samolotu: kierując je do wylotów rury wydechowej). Pozostało też m.in. kilka świec z silnika. Nie tylko. Jedno z silnikowych kół zębatych przez lata służyło w domu pana Stanisława jako stabilna „podstawka” pod bożonarodzeniową choinkę.

Wojciech Krajewski na podstawie opisów wysnuł początkowo wniosek, że prawdopodobnie na polach powiatu zamojskiego w połowie września 1939 roku wylądował samolot RWD-14 Czapla lub LWS-3 Mewa. Po szczegółowej analizie uznał jednak, że był to ten ostatni model (jaki był jego tok myślenia opisał w swoim bardzo ciekawym, obszernym artykule). Co ciekawe, w 1939 roku istniało tylko kilkanaście takich egzemplarzy.

Powstały w Lubelskiej Wytwórni Samolotów (LWS) w Lublinie. Były to samoloty obserwacyjno-rozpoznawcze (data pierwszego oblotu – 1937 rok). Miały rozpiętość 13,45 m, długość 9,5 m, a wysokość 2,65 m. Osiągały prędkość maksymalną 350 km na godzinę. Załoga składała się z dwóch osób: pilota oraz strzelca, który pełnił także funkcję obserwatora.

W książce Tadeusza Chwałczyka i Andrzeja Glassa pt. „Samoloty PWS” znalazła się wzmianka o tym bardzo ciekawym modelu. Autorzy opisywali wprawdzie samolot „Lublin R-XIII” (doświadczalny, towarzyszący, dwumiejscowy), ale wspomnieli także o „Mewie”. Bo w obu pojawiły się lotnicze nowinki.

„W 1934 roku inż. Jerzy Teisseyre opatentował pomysł usterzenia pionowego opuszczanego w locie, w celu zwiększenia pola ostrzału ze stanowiska tylnego strzelca” – czytamy w tej książce. „Aby wypróbować ten pomysł, w 1935 roku inż. Jerzy Teisseyre i inż A. Zdaniewski opracowali konstrukcję takiego usterzenia do samolotu Lublin R-XIII (…). Przestawianie usterzenia było dokonywane z kabiny strzelca. Pomysł okazał się udany. Ponadto usterzenie opuszczane do dołu ułatwiało wyjście z korkociągu (…). Próby tego usterzenia stały się podstawą do zaprojektowania podobnego usterzenia drugiego prototypu samolotu LWS-3 Mewa”.

Fascynujące dzieje regionu

Opowieść się jednak nie kończy. Wojciech Krajewski dotarł do opisu lotu bojowego ppor. rez. pil. Gerarda Karola Ranoszka z 17 września 1939 roku. Na jego podstawie oraz opisów i zdjęć opublikowanych w książce Tomasza J. Kopańskiego, która była poświęcona 24 Eskadrze Rozpoznawczej w wojnie obronnej 1939 roku wywnioskował, że do miejscowości Hubale dotarła „Mewa”, która była pilotowana właśnie przez Gerarda Ranoszka. Strzelcem i jednocześnie obserwatorem był natomiast ppor. Feliks Sobieralski.

Maszyna, którą przylecieli została wyprodukowana w 1937 w Lublinie, jako pierwszy z trzech prototypów. Miała „doskonałe własności pilotażowe”. Wojciech Krajewski bardzo ciekawie opisał dzieje tego samolotu, aż do jego przymusowego lądowania na Zamojszczyźnie. Fascynująca jest także m.in. historia pilota Karola Ranoszka, który latał m.in. w 307 Dywizjonie Myśliwskim Nocnym „Lwowskich Puchaczy” w Wielkiej Brytanii.

- Takie wojenne opowieści są wspaniałe, wartościowe. Także dlatego, że historia lotnictwa z czasów I i II wojny światowej nadal jest jeszcze mało w naszym regionie znana – podkreśla Paweł Frącek.

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Narzędzia

Follow Us

Reklama

ezamosc.pl

Polecamy

Sekcje