Reklama

"Dwa wiadra do pojenia trzystu cieląt". O trudnym życiu w czasach PRL-u na Zamojszczyźnie: na początku lat 80. ubiegłego wieku

Zdjęcia: Machnów Nowy Zdjęcia: Machnów Nowy
„Miniony rok był w moim przekonaniu — przełomowy, uniknęliśmy wojny domowej. Możemy dziś spokojnie oczekiwać nadchodzącej zimy. Widmo głodu i chłodu już nam nie zagląda w oczy, jak to było w grudniu ubiegłego roku (...)” - oceniał Piotr Bochniak, pracownik zamojskiego „Metalplastu”. „Zapowiedź zawieszenia stanu wojennego w moim przekonaniu jest ryzykowna. Obawiam się, że społeczeństwo nasze jest jeszcze zbyt rozgorączkowane, że emocje biorą górę nad rozsądkiem (…) „Również reforma gospodarcza nie prędko jeszcze przyniesie oczekiwane efekty. Obecnie płace są tak ustawione, że brak motywacji do dobrej pracy. Stałe elementy płac stanowią antybodziec. Na przykład bardziej obecnie opłaci się chorować, niż uczciwie pracować”.

Zezwolenie na kupno kaloryfera

Pod koniec grudnia 1982 roku „Tygodnik Zamojski” przeprowadził sondę pod hasłem „Czego Polakom potrzeba”. Została ona umieszczona w numerze świątecznym tej bardzo poczytnej w tamtych czasach gazety. Wypowiadali się w niej przedstawiciele różnych grup społecznych z dawnego województwa zamojskiego. Oceniali sytuację społeczną i polityczną z odmiennych perspektyw (należy jednak pamiętać, iż TZ był wówczas organem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej).

Piotra Bochniaka, pracownika zamojskiego Metalplastu napawała na przykład optymizmem działalność ówczesnego parlamentu „w dziedzinie porządkowania nabrzmiałych spraw gospodarczych i społecznych”.

Jak zauważył, mimo stanu wojennego ówczesny Sejm przejawiał nie notowaną wcześniej aktywność. Mężczyzna stwierdził jednak ze smutkiem, że część społeczeństwa była zdemoralizowana, niektórzy nawet według niego „za granicą płaszczyli się za dolary”. To uważał za bardzo naganne. Przyznał jednak, że wiele jest w kraju do zrobienia choćby w dziedzinie ideowo wychowawczej.

Janusz Woźnica, nauczyciel z Hrubieszowa zwrócił uwagę na coś innego. „Dla nas, dla Polski sprawą podstawową jest konsekwentne demokratyzowanie życia społecznego. Co przez to osiągniemy? Zaufanie społeczeństwa do władzy, a z drugiej strony świadome zdyscyplinowanie obywateli. Jest to według mnie rzecz najważniejsza” - podkreślał Janusz Woźnica.

On także mówił o demoralizacji społeczeństwa, która przejawiała się w złodziejstwie, łapownictwie, bumelanctwie, niechętnym stosunku do pracy oraz do nadmiernego wysiłku. Krytykował również karierowiczostwo różnych osób oraz dążenie do zbyt łatwego bogacenia się.

„Tych chorób i patologii społecznych wiele można by wymienić” – martwił się Janusz Woźnica. „Wiem, że trudno je będzie zwalczyć, ale jest to możliwe i konieczne. Proces odnowy społecznej będzie wymagał jednak wielu wyrzeczeń od każdego z nas, bowiem do tych negatywnych przejawów życia przywykliśmy. Jeszcze jedna w moim przekonaniu ważna sprawa. Czytałem, nie pamiętam w jakim dzienniku, artykuł pt. „Miernie ale wiernie”. Tytuł zapamiętałem, bo charakteryzował świetnie działalność niemałej części ludzi na kierowniczych stanowiskach — wiernych, w złym tego słowa znaczeniu władzy. Nie mają oni własnego zdania, a jeżeli zdarzy im się mieć, to skrzętnie je skrywają „wyczuwając” często błędne intencje zwierzchników. Wokół nas dużo jest takich właśnie kierowników, dyrektorów itp. myślących głównie o zachowaniu stołka. Sądzę, że tacy ludzie nie pomogą nam wyjść z kryzysu”.

Lista zachowań, które powinny się zmienić była znacznie dłuższa. Piotr Strycharz, pracownik Cukrowni Werbkowice zauważył, iż Polakom potrzeba większej kultury w postępowaniu z innymi, w codziennym życiu. Wszyscy powinni też większą staranność przykładać do wykonywanej pracy. Pierwsze jaskółki zmiany już były widoczne. I to na rodzimym podwórku.

Gdyby wszędzie był taki nastrój jaki panuje u nas, w zakładzie, gdyby wszędzie ludzie tak rzeczowo podchodzili do swoich obowiązków, to na Zamojszczyźnie działoby się o wiele lepiej” – przekonywał Piotr Strycharz.

Jan Uniczko, lekarz z Telatyna postulował natomiast przywrócenie większego zrozumienia pomiędzy warstwami społecznymi.

„W autobusie czy w kolejce słyszy się, że inteligencja żyje kosztem ludzi pracy, że rolnik żyje kosztem robotnika, a tego ostatniego wykorzystują wszyscy. Tak dłużej być nie może, bo jeśli każda grupa pracować i żyć będzie tylko dla siebie, widząc tylko własne cele, to do czego my dojdziemy? - pytał retorycznie Jan Uniczko.

Postulował też bezwzględną walkę z biurokracją. „Sprawozdawczość jaką prowadzę, a jest tego bardzo dużo, muszę robić po godzinach pracy. Inaczej przyjąłbym o połowę pacjentów mniej. Lekarzy na wsi jest mało, nie powinno się więc z nich robić urzędników — tych mamy dość. Nadal jest tak, że wszędzie potrzebne są papierki. Pękł nam w Ośrodku Zdrowia kaloryfer, chcieliśmy kupić nowy. Nic prostszego, grzejniki są w GS-ie. Ale żeby je kupić, musi być wysłane zapotrzebowanie do lekarza wojewódzkiego. Lekarz wojewódzki musi złożyć podanie do wojewody, wojewoda do Wydziału Handlu Urzędu Wojewódzkiego i tam dopiero można uzyskać zezwolenie na kupno kaloryfera. Dobrze, że jeszcze nie było mrozów, bo zezwolenia dotąd nie dostaliśmy. Ale niech pan powie, czy o tym wszystkim musi myśleć lekarz?

Henryk Turowski, pracownik Zamojskich Fabryk Mebli także martwił się „wewnętrznym rozdarciu społeczeństwa”. Mówił też o potrzebie stabilizacji w kraju. „Zapowiedź zawieszenia stanu wojennego spotkała się z wielką ulgą, ale też każdy zadaje sobie pytanie co dalej (…). Niezbędna jest w moim przekonaniu rzetelna znajomość autentycznych nastrojów społeczeństwa, jego potrzeb i oczekiwań” – stwierdził. „Innymi słowy na wszystkich szczeblach władzy konieczna jest znajomość samej rzeczywistości i rzetelna ich ocena. Każde naginanie tejże rzeczywistości do subiektywnych życzeń osób lub grup sprawujących władzę, prowadzi do wyciągania fałszywych wniosków, co przynosi niepowetowane straty”.

Władza jednak informowała o różnych, podejmowanych działaniach. 26 czerwca 1982 roku Komitet Wojewódzki PZPR w Zamościu zgromadził się na plenarnym posiedzeniu. Podjęto wówczas uchwałę w której mówiono o „procesie reformy gospodarczej”, który jest wdrażany w szczególnie trudnych warunkach. Z powodu kryzysu. Jego przezwyciężenie przy zmianie metod gospodarowania miało być głównym zadaniem wszystkich członków organizacji partyjnych. I to postulowano.

Za szczególnie ważne zagadnienia uznano: dostosowanie poziomu życia do aktualnych możliwości gospodarczych w kraju, zjednywanie wokół problematyki gospodarczej szerokich rzesz społecznych „szczególnie zaś ludzi młodych, kadr inżynieryjno-technicznych i ekonomicznych” oraz bezwzględne przestrzeganie przepisów prawa gospodarczego.

Odpowiednie sygnały i wytyczne wysłano do wszystkich struktur. Mówiono o potrzebie zmian na innych polach tzw. pozaprodukcyjnych.

Ograniczyć spożycie

Co planowano? Wzrosnąć miała m.in. rola terenowych samorządów, tworzona był koncepcja „izb rolniczych”, które wspólnie miały przyjąć wiele dotychczasowych uprawnień resortów centralnych. Planowano też wejście w życie nowych aktów prawnych, np. o ubezpieczeniach rolniczych, które miały polepszać warunki życia na wsi. Jak informowała prasa, ważnym instrumentem powinna stać się efektywna polityka polskiego handlu zagranicznego: nastawiona na opłacalną wymianę, a nie tylko prostą sprzedaż nadwyżek.

W sumie wdrażany program reform - choć jak tłumaczono „stawiający sprawy twardo” i zmuszający do rezygnacji z wielu przyzwyczajeń i okresowo zmniejszający poziom życia powinien dać „lepszą perspektywę”.

„Dziś musimy trochę ograniczyć spożycie – przekonywał jeden z przedstawicieli rządu – by za rok nie ograniczyć jeszcze więcej”.

Chyba niewiele to zmieniło. „Czego rolnikom potrzeba? Łatwiej byłoby mówić czego nie potrzeba, ale powiem tylko o tym, co mnie najbardziej niepokoi” – czytamy w na łamach TZ z grudnia 1982 roku (wypowiadał się jeden z gospodarzy). „Sprawa kółek rolniczych. Dla prawidłowego funkcjonowania wsi kółka są niezbędne, a tymczasem nikt nie kontroluje ich działalności, robią co chcą, a nie co chce rolnik. Wyprzedali wszystko, tak że teraz nie ma czym robić. Nastawili się na kombajny a rolnikowi kombajn nieczęsto jest potrzebny. To maszyna dla spółdzielni, PGR. SKR-y maszyn teraz nie mają, a my ich nie możemy kupić. Ciągników dalej jak nie ma, tak nie ma. Ja, chociaż gospodaruję na ponad trzynastu hektarach na ciągnik nie mam widoków. Ale mam nadzieję, że kiedyś wszystko będzie. Nam rolnikom wiele więcej nie jest potrzeba”.

A dalej ów rolnik z gminy Mircze żalił się. „Pewnie, robotnik może powiedzieć, że on nie ma żywności. I będzie to prawda. Jedno z drugim jest jednak połączone. Nie ma przecież takiego rolnika w Polsce, który by miał a nie chciał sprzedać. Krytykują, psioczą na nas w mieście, że zboża nie oddajemy. Tylko co rolnik z tym zbożem zrobi? Jak go nie wykarmi, nie wyprodukuje mięsa, to sprzeda, sam nie zje (…). My musimy dzisiaj rolnictwo postawić na nogi, a jeśli tak każdy będzie z nas ciągnął, to ono nadal będzie podupadać. I jeszcze jedno: administracja. Trzeba mimo zawieszenia stanu wojennego dalej ją kontrolować, kontrolować wszystkie instytucje pracujące dla rolników. Urzędnicy powinni być w ciągłym kontakcie z rolnikami i patrzeć czego wieś potrzebuje”. Pogarszała się też sytuacja w PGR-ach. O tym także informowała prasa.

Radzimy sobie, idziemy do przodu

Przez wiele lat uważano go za dumę socjalistycznej ojczyzny. Nie bez powodu. Zespół Państwowych Gospodarstw Rolnych Machnów został założony w 1949 roku. W latach 50. ub. wieku areał Zespołu PGR wynosił 8612 hektarów ornych pól. Były tam także łąki i pastwiska. Razem z nimi ów wielki PGR zajmował powierzchnię 12 tysięcy hektarów!

- Moja rodzina przybyła do PGR w Machnowie z okolic Lublina. Tak już zostało – opowiada Krzysztof Petela, mieszkaniec Machnowa Nowego (gm. Lubycza Król.). - Zżyliśmy się z tym miejscem na dobre. Moja mama Janina przez wiele lat pracowała w miejscowym gospodarstwie jako dojarka. Ja także byłem zatrudniony przy różnych pracach: przy burakach czy w magazynie zbożowym. Robota polegała wówczas na suszeniu ręcznym zboża, które trzeba było po prostu przerzucać łopatą. Byliśmy zatem zatrudnieni w takim wielkim, państwowym kołchozie, podobno trzecim pod względem wielkości w kraju. Ta praca była dla nas ważna, potrzebna. Także dzisiaj wszyscy ów wielki PGR raczej dobrze wspominają.

- Ludzie, którzy trafili do PGR Machnów dostawali nie tylko pracę, ale także mieszkanie – dodali Józef Chwaleba i Ryszard Romanowski z Machnowa Nowego. - Teraz we wsi mieszka już trzecie pokolenie potomków pracowników dawnego PGR. Można powiedzieć, że państwowe gospodarstwo zbudowało naszą społeczność.

Krzysztofa Petelę, Józefa Chwalebę i Ryszarda Romanowskiego spotkaliśmy jakiś czas temu przy jednym ze sklepów w Machnowie Nowym. Inni mieszkańcy tej miejscowości także przyłączali się wówczas do wspomnień o dawnym, jak mówią niektórzy z uśmiechem – kołchozie. Żartowali, śmiali się lub pokazywali ręką gdzieś w stronę pobliskiej Ukrainy, snując przy tym różne „przygraniczne” i rodzinne opowieści.

Kilka osób oprowadziło nas także po Machnowie Nowym, a Wiesław Petela (brat Krzysztofa) pokazał także swój dom. Okazało się, że był on miłośnikiem miejscowej historii. Zbierał artykuły dotyczące dziejów PGR w Machnowie. Te najstarsze wyciął i przykleił na dużych kartonach, które nam zademonstrował w drewnianej altanie, na swoim podwórku. - Mamy się czym poszczycić, co pokazać – przekonuje Wiesław Petela. - A te artykuły zbieram dla wnuków. Dzięki nim dowiedzą się jak kiedyś się u nas żyło. Machnowski Zespół PGR (potem przemianowano go na kombinat) nastawiony był głównie na produkcję rolniczą. Miał wielki park maszynowy i wykwalifikowaną załogę. Hodowano także trzodę chlewną i bydło. Na początku w skład PGR-u wchodziły gospodarstwa: w Machnowie Nowym oraz w Wólce Wierzbickiej. Potem włączono do niego także gospodarstwa w Żurawcach, Rudzie Żurawieckiej, Korniach, Hrebennem, Nowosiółkach, Dyniskach, Wierzbicy, Machnowie Starym, Hrebennem i Plebance. Na stałe podobno pracowali w nich niemal wszyscy, okoliczni mieszkańcy.

W Machnowie Nowym postawiono wielkie budynki gospodarcze: m.in. warsztaty, stolarnię, garaże, suszarnię, masarnię, a w latach 70. ub. wieku wybudowano także kilka nowych bloków mieszkaniowych dla kilkudziesięciu rodzin pracowników. Funkcjonowała także szkoła „tysiąclatka”, ośrodek zdrowia, sklep Gminnej Spółdzielni, słynna piekarnia, w której wypiekano chleb na zakwasie, działała stołówka pracownicza, restauracja „Złoty kłos” oraz świetlica. W latach 70. mieszkańcy wybudowali również kościół z którego nadal są bardzo dumni (w wielu rozmowach powracało pytanie: „A widział pan już nasz kościół?).

Kwitło życie kulturalne. Mieszkańcy Machnowa Nowego pamiętają, że w ich miejscowości występowała Karin Stanek, Irena Santor, Kazimierz Rudzki, a podobno nawet Violetta Villas. Do pracy w tak obszernych gospodarstwach potrzebna była jednak cała armia pracowników. Na stałe zatrudniano ok. 1,3 tys. osób. Aby ludzi przyciągnąć z różnych stron regionu i kraju, jeszcze na początku lat 50. ub. wieku w Machnowie wybudowano osiedle składające się z 56 ceglanych budynków mieszkalnych. Były to słynne, machnowskie bliźniaki podzielone na dwa identyczne mieszkania. Każde z nich miało powierzchnię 65 mkw. Mieściła się tam kuchnia i pokój na parterze oraz kolejny pokój – na pierwszym piętrze. W pierwszych latach PRL były to luksusy!

Owe budynki stały kilkadziesiąt metrów od siebie i były przyporządkowane do własnej działki, gdzie mieszkańcy zakładali ogródki, trzymali kury itd. Na zdjęciach lotniczych (także tych z lat 50. i 60. ub. wieku) widać, że miejscowość wyglądała z góry jak wielka, poprzecinana drogami szachownica. W każdym z bliźniaków żyły zwykle dwie rodziny. W mieszkaniach osiedlali się ludzie którzy przybywali do PGR-u z różnych stron kraju. Byli to nie tylko pracownicy rolni, ale także kowale, stolarze i inni rzemieślnicy. Dla niektórych praca w państwowym gospodarstwie była awansem społecznym.

- Dzięki zatrudnieniu w PGR wiele osób wyrwało się z biedy – podkreśla Krzysztof Petela.

Walka o zwiększenie produkcji rolnej

Z opowieści mieszkańców Nowego Machnowa wynika, że podczas żniw oraz np. zbioru buraków zatrudniano w gospodarstwie potężną armię pracowników sezonowych. Czasami były to całe rodziny z dziećmi. Stawiano dla nich specjalne baraki. Nie zawsze takich „lokali” wystarczało. Dlatego w machnowskich bliźniakach, w razie potrzeby kwaterowano robotników sezonowych.

PGR w Machnowie był dumą komunistycznych władz. Dlatego jego pracownicy często gościli m.in. w Polskiej Kronice Filmowej. Pokazywano ich schludne, ale jeszcze pozbawione zieleni osiedle czy znojną pracę w polu. Uwieczniono także gdy PGR przygotowywał się do siewów, żniw czy np. urodzin pierwszego sekretarza KC PZPR.

W dniu urodzin Bolesława Bieruta wyjechały na pola traktory PGR Machnów” – triumfalnie obwieszczał w połowie lat 50. ub. wieku spiker PKF. „Trudne warunki atmosferyczne opóźniły rozpoczęcie kampanii siewnej. Dlatego hasło brzmi: nie wolno zmarnować ani dnia, ani godziny! Praca musi być wykonana jak najszybciej! Od skrócenia akcji siewnej zależy tegoroczny urodzaj (...), walczymy o zwiększenie produkcji rolnej! 

A gdy na ekranie pojawiły się nocne zdjęcia, na których widać jedynie sunące po polach cienie potężnych ciągników i innych maszyn PGR, słyszymy taki komentarz: „Zapada noc – Machnów nie śpi. Załoga PGR postanowiła skrócić okres siewu o sześć dni” – tłumaczył spiker. Po czym dodał triumfalnie: „W ten sposób wieś polska zwycięsko przeprowadza siewy wiosenne!”.

W innym filmie propagandowym PKF możemy zobaczyć m.in. dziarskich, uśmiechniętych lotników, którzy przygotowują się właśnie do pierwszego w Polsce rozsiewania nawozów sztucznych z powietrza. Stało się to z powodzeniem właśnie w Machnowie Nowym. Operatorzy PKF uwiecznili tym razem całą eskadrę samolotów, które tę akcję wykonały. Widzimy też oklaskujące lotników kobiety w chustkach, mężczyzn w garniturach i innych – w czapkach uszatkach, a w tle rozległe i płaskie jak stół pola Machnowa Nowego. Opisy działalności machnowskiego PGR-u można znaleźć także w prasie. Nie brakuje tam także troski o plony, przebieg kolejnych żniw, o jakość sprzętu itd. Niektóre teksty są pełne pochwał, emocji, inne brzmią wręcz dramatycznie. Dzięki uprzejmości pana Wiesława mamy bardzo bogaty przegląd artykułów na ten temat.

„O 14. kombajny wyjechały tego dnia po raz drugi. Rano była zbyt duża rosa” – czytamy w tekście „Żniwny poker w Machnowie” z początku lat 80. ub. wieku. „Gdy potem jęczmień obsechł i zaczęli kosić, lunął deszcz. Padało pół godziny, ale było to dostatecznie długo, aby Bizony (chodzi o kombajny – przyp. red.) znowu stanęły. To ranne półgodzinne koszenie było dla Eugeniusza Kiełbasy ostatnim tego dnia, bez względu na pogodę. Tylko ujechał 200 m. feder – aparat żniwny przy kombajnie – przestał działać. Pękły łożyska”.

Na miejsce awarii przybył Edward Doczyszyn, szef czołówki technicznej POM Lubycza Królewska, która na całe żniwa została oddelegowana do PGR Machnów. Obejrzał awarię i powiedział, że naprawa musi trochę potrwać. Kierowca może zatem odpocząć. „Akurat. Kiełbasa przyprowadził wczoraj kombajn z Żurawiec i nie po to – jak twierdzi, żeby się tutaj wysypiać. - Pomogę wam – mówi – musimy się wcześniej uwinąć” – pisał z podziwem Bronisław Rędzioch, autor owego artykułu.

Taki zapał był wynagradzany. PGR według dziennikarzy radził sobie nieźle oraz... coraz lepiej. Także „stopa życiowa” pracowników stale się wyrównywała i podnosiła.

No cóż, kłopoty rynkowe

W artykule „Kombinat na zamojskich rędzinach” czytamy: „A co z tego wszystkiego mają ludzie? Otóż ludzie w Machnowie mają: średnie miesięczne zarobki w granicach 3500 zł, przy czym zarobki tzw. fizycznych są o 182 zł wyższe od umysłowych, zaś brygadzista produkcji zwierzęcej może zarobić nawet 5600 zł” – obwieścił jeden z dziennikarzy. „Działki przyzagrodowe, możliwość wyhodowania na swoim do 30 sztuk drobiu, oprócz gęsi i 2 tuczników w roku”.

Były też inne inne przywileje. To bezpłatne mieszkania, płatne urlopy, możliwość wyjazdów na wczasy krajowe, a nawet zagraniczne oraz prawo do otrzymywania codziennie za darmo nawet 3,5 l. mleka dla rodziny.

„Poza tym ludzie w kombinacie mają około 40 prywatnych samochodów, telewizory i lodówki w każdym prawie domu, meble – najczęściej na wysoki połysk, dwa przedszkola oraz dwie szkoły, ale już za ciasne (...)” – pisał autor tekstu. „Aha, zapominałbym jeszcze dodać, co jeszcze mają ludzie z machnowskiego kombinatu. Otóż mają głębokie przekonanie, że trzeba lepiej poznać te ich rędziny (chodzi o rodzaj gleb – przyp. red.). Wszystkie ich potrzeby, kaprysy, zagadki, a wtedy odwdzięczą się one doskonałymi plonami”. Dziennikarz zauważył też niedociągnięcia w kombinacie. Był to brak w PGR stałego lekarza zakładowego, stomatologa oraz dobrych dróg dojazdowych do pól. To była jednak przesada. Czasami w PGR brakowało przecież nawet podstawowych produktów. W jednym z tekstów Czesław Wojnarowski, dyrektor kombinatu PGR w Machnowie skarżył się na kłopoty jego pracowników w trudnych czasach kryzysu gospodarczego. Gdy dziennikarz zapytał co najbardziej doskwiera pracownikom PGR, odparł bez namysłu. „No cóż, kłopoty rynkowe. Szczególnie chodzi o buty, a już najbardziej o męskie.

- Takie to były czasy. Teksty w gazetach jakoś o nich świadczą. Były one głównie publikowane na łamach „Sztandaru Ludu” – mówi Wiesław Petela. - Obraz w nich prezentowany nie zawsze został polukrowany.

Rzeczywistość na pewno taka nie była. Niedociągnięć w gospodarce i zarządzaniu w PGR zauważano wiele. Dziennikarz podpisujący się pseudonimem „hen” pisał o tym z wielkim przejęciem:

„W okresie żniw i omłotów (…) brak należytej troski o zabezpieczenie społecznego mienia przed ogniem mieli okazję poczynić kontrolerzy lustrujący kombinat PGR Machnów Nowy i zakłady tego kombinatu – PGR Machnów Nowy i PGR Wierzbica. Poza stwierdzeniem tam różnych uchybień, nieprawidłowości i usterek, takich jak: niesprawna sieć hydrantowa, przecieki zbiorników p. pożarowych (...), uszkodzona instalacja odgromowa na oborach, wiatach i garażach, pozrywane przewody instalacji elektrycznej, reperowanie bezpieczników grubym drutem, brak ogrodzeń i zabezpieczeń w magazynach paliw – lustratorzy (…) nie mogli natrafić na żadne ślady profilaktycznej działalności komisji pożarowo- technicznych”.

Nie bez powodu zatem tekst nosił tytuł „Brak troski o mienie w zamojskich PGR i RSP”. Tyle, że takie sytuacje nie zawsze wynikały z winy pracowników kombinatu. Oto przykład. „Niedawno niektóre nasze PGR otrzymały duże ciągniki o ciężkiej mocy” – czytamy w tekście z lat 80. ub wieku. „Jest to powód do zadowolenia, gdyż są one potrzebne PGR, ale co z tego, jeśli nie ma do nich odpowiednich zestawów wysoko wydajnych narzędzi. Ciągniki te nie mogą więc być w pełni wykorzystane”.

PGR w Machnowie odwiedzało wielu bardzo ważnych gości. W 1980 r. zawitał tam Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR. Odwiedził też okolicę.

Związana jest z tym pewna opowieść, która nadal krąży po Machnowie Nowym (opowiadana jest jako żart, ale po chwili słuchacz dowiaduje się, że to jednak „święta prawda”). Podobno Gierek miał wówczas wizytować pewne prywatne gospodarstwo. Aby wytypowany do tego rolnik wypadł dostojniej, wprowadzono mu do obory na czas wizyty pięć dorodnych byków. Tyle, że po niej gospodarz zwierząt nie oddał. Gdy się o to upominano mówił, że są już teraz „bez wątpienia jego”. A jeśli ktoś nie wierzy może w tej sprawie powołać... samego Gierka na świadka.

A tak np. opisano na łamach lokalnej prasy wizytę Zbigniewa Michałka, sekretarza KC PZPR. Spędził on na Zamojszczyźnie dwa dni. Tak wyglądał drugi dzień jego gospodarskiej wizyty: „Tow. Zbigniew Michałek odwiedził Wojewódzki Ośrodek Postępu Rolniczego w Sitnie, Kombinat PGR w Machnowie, stację hodowli roślin w Ulhówku i Poturzynie, a ponadto kierowany przez Kazimierza Milicza zespół rolników indywidualnych w kol. Nowosiółki gm. Telatyn oraz gospodarstwo Edwarda Dobrowolskiego w Dziekanowie koło Hrubieszowa” – czytamy w relacji. „Gościowi towarzyszyli: sekretarz KW PZPR – Zygmunt Mańkowski i wojewoda zamojski – Marian Wysocki”.

Zważywszy spore odległości, tempo owej napiętej, gospodarskiej wizyty było zawrotne. Jak widać sił do budowania odpowiednich relacji na linii władza-obywatel jednak nie szczędzono. W latach 80. ub. wieku na terenie dawnego woj. zamojskiego działały kombinaty PGR: w Dołhobyczowie i Przewodowie, dwa PGR-y: w Tarnogrodzie i Michalowie oraz Zakład Rybacki w Topornicy. W sumie zajmowały one powierzchnię 25,2 tys. ha, co stanowiło 3,6 proc. ogólnej powierzchni ówczesnego województwa zamojskiego. Te gospodarstwa działały lepiej lub gorzej, ale dawały zatrudnienie tysiącom mieszkańców regionu. Gdy upadł komunizm one także zaczęły upadać.

Radzimy sobie, idziemy do przodu

- W miejsce PGR-ów pojawiały się spółki pracownicze, które także radziły sobie bardzo różnie. Niektóre także umierały – opowiada jeden z mieszkańców Machnowa Nowego. - Ludzie zaczęli masowo tracić pracę. W pierwszych latach lat 90. ub. wieku bezrobocie było ogromne. Wiele osób musiało korzystać z pomocy opieki społecznej. Pojawił się alkohol pity w nadmiernych ilościach. Ludzie ratowali się pracami interwencyjnymi organizowanymi przez samorząd. Część byłych pracowników PGR i ich dzieci zaczęła wyjeżdżać w poszukiwaniu pracy do dużych miast i za granicę.

- Wiadomo, że w komunie nie żyliśmy szczególnie zasobnie, ale było wówczas stabilniej, bezpieczniej, przewidywalnie. Byliśmy także dumni z tego co udało się wspólnie dokonać – dodaje inny mężczyzna. – Potem stanęliśmy na rozdrożu: zapomniani przez wszystkich rozbitkowie z PGR. Jednak nie poddaliśmy się!

W 1990 r. z inicjatywy Jana Błaszczuka i Wiesława Obrzuda, radnych gminy Lubycza Król. wydzielono sołectwo Machnów Nowy. Miejscowi podkreślają, że wiele udało się zrobić także po 1989 r. W Machnowie Nowym jest własne ujęcie wody, oczyszczalnia ścieków, kanalizacja, wodociąg. Drogi także zostały w znacznej części wyremontowane. Działa także klub sportowy, boisko „Orlika” i kilka sklepów. Prężnie funkcjonuje również m.in. miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich (zostało reaktywowane w 2007 r.). Wyliczać zresztą można długo.

- Po transformacji ustrojowej wiele osób wyjechało za granicę i tam pracują. Niektórzy młodzi tam zostali. Radzimy sobie, idziemy do przodu – podkreśla Krzysztof Petela. - Machnów jest zadbany, a nasze osiedle nie różni się bardzo od miasta. Ludzie pracują w różnych miejscach, dbają o swoje posesje, mają piękne ogródki, samochody, wszystko co trzeba do życia. Domy stanowiące kiedyś własność PGR-u zostały odkupione i są teraz prywatne. I także dobrze wyglądają.

Co jeszcze Machnów kiedyś wyróżniało? W czasach PRL-u zmieniła się rola kobiet. Przedstawicielki płci pięknej za kierownicą także po II wojnie światowej były „zjawiskiem” niezbyt często spotykanym. Centralne władze próbowały to zmienić. Zaczęto promować zatrudnianie kobiet w tzw. męskich zawodach. Jeszcze w latach 50. pojawiły się w kraju m.in. kobiece zastępy murarskie czy hutniczki wytapiające stal. Na łamach poczytnej „Przyjaciółki” reklamowano także szkolenia traktorzystów i traktorzystek. To przyniosło efekty.

W 1962 r. pierwszych 200 kierowczyń (tak panie za kierownicą wówczas określano) zatrudniono w tzw. transporcie uprzywilejowanym. Prowadziły wozy strażackie, karetki pogotowia, a nawet milicyjne auta. Pojawiły się też traktorzystki. Jak to wyglądało w machnowskim PGR?

- Gdy było trzeba kobiety obsługiwały maszyny czy prowadziły traktory. Także pod tym względem nasz PGR różnił się od okolicznych wsi – mówi z dumą jeden z mieszkańców Machnowa Nowego. - Czy mieliśmy tutaj większe równouprawnienie? Odpowiem tak: praca była ciężka, a każdy robił co było trzeba. I tak jest także dzisiaj.

Wszystko z rozgoryczenia

W styczniu 1983 roku ukazała się w Tygodniu Zamojski kolejna sonda pod hasłem „Czy Polacy potrafią się wyżywić?” Jak odpowiadano na to pytanie? Zbigniew Szałaj, dyrektor Państwowego Zakładu Rolnego w Machnowie Starym nie miał wątpliwości, że jest to możliwe.

„Potrafimy stać się samowystarczalni. Dam prosty przykład. Zakład w Machnowie Starym trzy lata temu musiał sprowadzać pasze do tuczu. W tym roku już jest pod tym względem samowystarczalny. Podobnie będzie z krajem. Potrzeba na to jednak sporo czasu – podkreślał Zbigniew Szałaj. „W rolnictwie uspołecznione, bo o nim chcę mówić, bije wciąż dużo spraw. Pierwszym podstawowym problemem jest system wynagradzania pracowników. Musimy wprowadzić akord, bo godzinowe rozliczenie z czasu pracy nie daje pracownikom bodźca do lepszej roboty, zmniejsza ich wydajność. Po drugie – musi wreszcie nastąpić prawidłowe zgranie rolnictwa z innymi działami gospodarki. Na przykład ostatnio kupiliśmy trzysta cieląt, a do ich pojenia mamy tylko dwa wiadra. Potrzeba minimum trzydziestu. To już obniża nam produkcję, nie pozwala na kupno dalszych cieląt”.

Dyrektor Zbigniew Szałaj narzekał też na inne sprawy. Wielkim kłopotem były także nawozy. Borykano się z ich brakiem oraz skomplikowanym systemem dystrybucji.

„Wiele jest takich działań, które można rozwiązać działaniami organizacyjnymi, bez kosztownych inwestycji” – przekonywał dyrektor Szałaj. „Tylko wszyscy muszą się wziąć do pracy. Marnujemy często wysiłki innych. Czasem przez niedbalstwo, ale często też przez zbyt sztywne i nieżyciowe przepisy. Wyszła ostatnio decyzja, że pieczywo po 24 godzinach uznawane jest za niepełnowartościowe i sprzedawane po niższych cenach na tucz. Widziałem ile tego chleba marnuje się teraz w takim małym przecież Tomaszowie. A w skali kraju? Kiedyś jak kobieta upiekła na wsi chleb, to na kilka dni był dobry. Dziś ludzie stali się bardzo wygodni. Pochodzę ze wsi i wiem, że jeszcze nie tak dawno temu, to chłopi sami piekli chleb, robili masło. Teraz wszyscy kupują. Przykładów marnotrawstwa można znaleźć o wiele więcej.

W podobnym tonie mówił Mieczysław Kawka, dyrektor Zespołu Mechanizacji Rolnictwa w Lubyczy Królewskiej. On też uważał, że stać nas na to, abyśmy się sami wyżywili.

- Mamy dobre ku temu warunki, głównie gleby. Są rejony, które mogłyby stać się prawdziwymi spichlerzami kraju. Przemysł rolniczy też ma się już czym poszczycić, chociażby tym, że niektóre nasze maszyny osiągają standard nawet światowy. Mam tu na myśli kombajny zbożowe, choć i inny sprzęt rolniczy wiele im nie ustępuje (...) – mówił. „ Istnieje jednak wiele czynników, które uniemożliwiają pełną samowystarczalność żywnościową Polski.

A co myślał Tadeusz Budzyński, rolnik ze wsi Zielone? „Trzydzieści lat pracuję w rolnictwie i mogę śmiało powiedzieć, że potrafimy wyżywić cały naród. Trzeba nam tylko pomóc” – przekonywał. „Przez te wszystkie lata nikt nigdy nie pomyślał, aby rolnikowi wynagrodzić trud, jaki wkłada codziennie w uprawę ziemi. To już zniechęca. Gdy po wojnie pracowałem na Śląsku, w Służbie Polsce, to opiekunowie nam mówili jakie będzie wspaniałe rolnictwo za dziesięć lat. Teraz to lepsze gatunki nawozu jeden rolnik wydziera drugiemu z rąk. Brakuje dosłownie wszystkiego. Rok temu jeszcze oddawałem codziennie 50 litrów mleka, tonę żywca rocznie, 200 metrów ziemniaków i 50 metrów zboża. W tym roku do skupu zawiozłem tylko pięć metrów. Wszystko z rozgoryczenia. Wciąż mówią chłopu inaczej, wciąż coś nowego jest dobre, a inne złe. Wcześniej liczyło się sprzedane zboże. Później tylko żywiec. Przerzuciłem się więc na produkcję zwierzęcą. Nie ma teraz pasz. To daję własne zboże do skarmiania. Tak kręci się ze wszystkim. Po tych wszystkich wykupach, zamianach, wywłaszczeniach trudno wierzyć, że gospodarka indywidualna jest pewna. A jak pracować kiedy nie ma pewności?

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Narzędzia

Follow Us

Reklama

ezamosc.pl

Polecamy

Sekcje