Reklama

Malarz śpiewnych myśli – rozmowa z Franciszkiem Maśluszczakiem

„Piknik” – Franciszek Maśluszczak, fot. Janusz Zimon BWA „Piknik” – Franciszek Maśluszczak, fot. Janusz Zimon BWA
Malarz, rysownik, grafik, ilustrator, autor polichromii, projektant witraży. W BWA Galerii Zamojskiej odbył się wernisaż wystawy „Franciszek Maśluszczak malarstwo rysunek”. W salach wystawienniczych zaprezentowano kilkadziesiąt prac artysty wykonanych w XXI w. (16.08.)

Spotkanie z urodzonym w Kotlicach (gm. Miączyn, powiat zamojski) artystą, absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. B. Morando w Zamościu, było dla miłośników malarstwa, a w szczególności malarstwa Franciszka Maśluszczaka, ogromną przyjemnością. Warto podkreślić, że Franciszek Maśluszczak dyplom artysty sztuk pięknych uzyskał dokładnie 50 lat temu, w pracowni grafiki pod kierunkiem prof. Juliana Pałki. Jego domeną jest malarstwo, rysunek i grafika.
 Artysta z Kotlic, małej miejscowości koło Zamościa, był także wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.


W dniu otwarcia dwóch wystaw w BWA – kolejna to poplenerowa wystawa „Inspiracje Twórczością "Isaaca Bashevica Singera", o rozmowie z panem Franciszkiem można było tylko pomarzyć. Byli bowiem artyści - uczestnicy trwającego XXXIX Międzynarodowego Pleneru Ilustratorów "Arkadia - mityczna kraina szczęśliwości", przyjaciele, mieszkańcy i turyści. I co ważne, malarstwo Franciszka Maśluszczaka zawsze przyciągało i przyciąga tłumy.

Artysta jest doskonałym gawędziarzem. Rozmawiamy o pokazanych na wystawie obrazach, którym artysta nadał intrygujące tytuły, stanowiące niejako wskazówki co do jego myśli. Tym współczesnym malarstwem raz po raz powraca do przeszłości, lat dzieciństwa i tych, które spędził w Zamościu, na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz do bliskich relacji z poetami i pisarzami. Pełno w nim refleksji, melancholii i sentymentu do tego, co było. Franciszek Maśluszczak maluje o swoich emocjach i doznaniach, ale też myślach i skojarzeniach. Wyłaniający się z tej estetyki Maśluszczak to z jednej strony nieco ironiczny kontestator, a z drugiej – wrażliwy obserwator świata, stojący gdzieś pomiędzy światem realnym a metafizycznym, magicznym. Prace artysty na pozór malowane bardzo prosto i naiwnie, niosą ogromny ładunek optymizmu i poczucia radości. Kolorystyczne kompozycje są bardzo lekkie i ciągle przyciągają oko widza. Można przyjąć, że artysta malarz może kierować się słowami Mariana Brandysa: (...)Prostota jest i bardziej szlachetna, i nie starzeje się."

„Zaczął rysować, kiedy miał sześć lat. Mieszkał na wsi, pod lasem. W ich domu stał piecyk z rurą. Z rury leciał dym. Nie rysował lasu, domu, rury ani piecyka. Nie rysował matki, która się krzątała przy kuchni, ani ojca, który wieczorami palił fajkę, a w dzień robił wozy i koła. Nie rysował fajki, kuchni, kół ani wozów. Rysował dym” – pisze o nim Hanna Krall w swoim opowiadaniu „Malarnia z o.o.”. Inne jakieś było to jego malowanie. – Było takie, jak postrzegałem świat, mój świat w Kotlicach – wspomina Maśluszczak.

Jest bohaterem filmów dokumentalnych i oświatowych m.in. w reż. Hanny Kramarczuk (1999) Światy Franciszka Maśluszczaka i Jakuba Nowaka (2001), Malowane miasto. Od lat artysta wspiera obrazami „dźwięczącymi” kolorami i rysunkami aukcje charytatywne. Za swą działalność uhonorowany został nagrodami i wyróżnieniami. Z całym przekonaniem można stwierdzić, że Franciszek Maśluszczak ze swego życia uczynił arcydzieło.

Teresa Madej: -Porozmawiajmy, proszę, o pana obrazach, które nie pozwalają widzowi, aby przestał na nich patrzeć. Co więcej, w ogóle nie pozwalają na odejście od oglądanego obrazu.

Franciszek Maśluszczak: -Malarz powinien kierować się pewnymi wartościami, żeby pewnych rzeczy nie powielać, nie powtarzać. Żeby z obrazów nie robić stempla. Bo twórczość to nie jest stempel. Wybrałem różnorodne prace, żeby było co oglądać. Nie maluję zbyt szybko. Ten proces trwa. Jest coś takiego, że tempo dyktuje obraz. Jest tak, że farba się układa, albo nie chce się układać. Jest taka narowna. Czasami płótno nie jest przyjazne, że „nie chce iść”. Np. obraz „Sad”. Przywodzi myśl, żeby się przejść, pooddychać świeżym powietrzem, za życia złapać oddech, uratować swoje życie, żeby jeszcze w życiu mieć więcej. Lubię obraz „Dyrygent”. Tu śpiewają śpiewacy i jest dyrygent. Jako student mieszkałem w „Dziekance”. Mieszkali tam też muzycy... Z czasów liceum pamiętam Stanisława Namysłowskiego, który wraz ze Stefanem Milerem, podobnie, stylowo ubrani, chodzili do słynnej „Centralki”. Mam jedno marzenie. Żeby w Zamościu stanął pomnik, albo Karola, albo Stanisława Namysłowskiego. Lubię ich muzykę. Żal mi tylko tych kolein w podcieniach, wydrążonych w kamieniu nogami zamościan i zacnych gości. Zapewne chodzili nimi Kochanowski, Perec, Leśmian. Maśluszczak też w nich stał. Cóż, nie ma już śladu po tych koleinach.

- Oczy może cieszyć obraz „Piknik”. Najładniej namalowałem tu ciasteczko, jak prawdziwe, może od Ładyńskiego. Czasami w obrazach pojawiają się rzeczy niepasujące do Warszawy. Są z tych zamojskich miejsc, pamiętam dzieciństwo, młodość. Pamiętam, jak chodziłem do szkoły, do tego ładnego budynku, gdzie było kino i klasy. Budynek był tak ładny, że czułem, jakbym był w Rzymie, w Padwie, czy we Florencji. Nie wychodziłem z obrębu murów, bo mieszkałem w dawnym pałacu Zamoyskich, na samej górze, a na dole był sąd.

-Tu są chałupy, bliźniaczo podobne do tej, w której mieszkała moja babcia w Kotlicach. Obraz „Zjawa”. Pokazuję obiekty prawosławia, który na wschodnich terenach był obecny. Jestem tu jako dusza. Ten wybór prac, żebym się przyjrzał, kim ja jestem. To zaciekawia wielu ludzi. Hanna Krall napisała o mnie, Ernest Bryll napisał o mnie nieco frywolny wiesz. Zilustrowałem wiele książek, poezję Leśmiana. W ubiegłym roku, zainspirowany twórczością Singera, namalowałem trzy obrazy. A ta zjawa... Boję się zjaw. Ten strach mnie trzyma. W dzieciństwie widziałem jak podczas remontu drogi wyciągano czaszki, piszczele. Jak idę drogą, ciemną nocą, to boję się, że duchy się ockną i mnie wciągną do tej czeluści i wyrwą mi duszę.

-Bardzo lubię jak pojawiają się jesienne czy wiosenne mgły. Drzewa trudno jest namalować. Nie jestem lirykiem. Uważam, że oglądanie obrazów powoduje, że w nas powinna się pojawiać jakaś prawda rzeczywista, tzn. istniejąca poza obrazem. Na wystawę specjalnie dałem Mikołów, ponieważ w 2001 roku zostałem honorowym obywatelem Mikołowa na Śląsku. Jeździłem tam wiele lat na plenery. W Mikołowie mają całą kolekcję moich obrazów. Nawet muzeum w Katowicach chciało je przejąć, ale oni ich nie oddali.

-Tu pokazałem tylko namiastkę moich obrazów. Został zrobiony film „Było pięknie...”. Opowiadam o sobie, o Zamościu. Został pokazany na dziedzińcu Akademii z okazji Nocy Muzeów. Dla mnie to zaszczyt, że moja Akademia Sztuk Pięknych tak mnie uhonorowała.

-Tu drzewo, którego konary „podziurawiły” domy. Taka myśli, że przyroda zawsze zwycięży nad kamienieniem. Tu „Snycerz z Koniakowa”. Byłem tam na spotkaniu, ponieważ chciałem sobie wybudować góralski dom. Za sugestią górala, zbudowałem ten dom z cegły, bardziej praktyczny. Jak wyjaśnił mi góral, ten drewniany wymagałby ciągle konserwacji i mojej atencji.

-Mój ostatni obraz, jeszcze go nie oprawiłem. Zrobiłem taki „żart”. Tu jest taka kanciapa, graciarnia. Panowie sobie popijają. Matejko też przyszedł i ucztuje. Tu są też inni malarze. Obraz „Koguty” to sprzeczki tych, którzy maja inne zdanie. Zacietrzewili się. Taki jest polski świat. Każdy stoi na własnym terenie, i każdego jest racja. Te podziały próbuję namalować. Ten obraz przedstawia mój widok z siódmego piętra bloku na Ursynowie. Ursynów jest piękny. Lubię tam mieszkać. Mam fajny widok na lotnisko, Wilanów i Pałac Kultury.

Teresa Madej: -Rysunki i ilustracje to kolejna osłona pana twórczości...

Franciszek Maśluszczak: -Od pierwszego roku studiów zaprzyjaźniłem się z poetami, z pisarzami. Jakoś tak dziwnie, nie wiadomo dlaczego. Ja tego nie pojmuję... Rysowałem do książek, opowiadań. Spotykałem się z takimi wybitnymi ludźmi jak Antoni Słonimski. Koledzy zarabiali pieniądze na hasłach czasów PRL, np. dekoracjach 1-Majowych. Ja postanowiłem tego nie robić. Zrobiłem taki plik rysunków i poszedłem do jednej redakcji, do drugiej redakcji. Wyrzucili mnie. Miałem takie dziwne szczęście być u prof. Janusza Strzałeckiego. Taka zacna rodzina. On ukrywał w swoim majątku Artura Samborskiego i ocalił go od Zagłady. Prof. Strzałecki, ciekawy, ale mało znany malarz, miał duży wpływ na moją twórczość.

-Był pokaz semestralny rysunków. W ręku trzymałem notes pełen rysunków. -Co pan tu ma? - zapytał mnie Strzałecki. Wymusił na mnie pokazanie rysunków. Po czym stwierdził: -Fajne te rysunki. Pokażemy je na wystawie na Akademii. Ludzie przychodzili i oglądali. Zainteresowała się nimi redakcja „Ty i Ja”. To jedno z piękniejszych pism czasów PRL-u. Czasopismo z wyższej półki. Były tam prace Starowiejskiego, Picassa. Miałem tam prezentację swoich rysunków na trzech stronach, jako student I roku. Był po tym protest pedagogów, obradowała kapituła, że te publikację są za wcześnie. Że zarabianie pieniędzy zmanieruje młodego człowieka. Ale po tym, zwróciła się do mnie redakcja „Literatury”. Zrobiłem rysunek do wiersza Mirona Białoszewskiego. To była sensacja, tym bardziej, że to były pierwsze numery „Literatury”.

-Rozpocząłem współpracę. Strasznie się męczyłem, bo robiłem po 10 rysunków na ten sam temat, wybierałem jeden, który wydawał mi się najlepszy i oddawałem do redakcji. I w ten sposób poznałem wielu wybitnych pisarzy i poetów. W zasadzie nie ma pisarza, którego bym nie ilustrował, nie tylko w książkach, ale i w prasie. Tej warszawskiej. Zamieszczała mnie też „Kamena”. I w ten sposób wciągnięto mnie w rynek literacki. Przychodzili do mnie, do akademika. Były też rysunki satyryczne do „Szpilek”. Nieźle płacili. Ale jak mnie porównali, że ja „gonię” za Mleczko, Krauze, Czeczotem, czyli karykaturzystami, to powiedziałem, że ja nie chcę być karykaturzystą. Wolę rysunki niezależne, a nie, że jest to rysunek tygodnia, który komentuje rzeczywistość, a za tydzień jest już nieaktualny. Cały czas starałem się, żeby był to rysunek trwalszy, że jest dziełem, które jak wyjmę go za jakiś czas z szuflady, to powiem, że fajną rzecz zrobiłem, a nie śmieć do spalenia w kominku.

-Ta przyjaźń z poetami i pisarzami do tej pory trwa. Jak patrzę na półkę biblioteczną, to książek z moimi okładami jest sporo. Ilustrowałem też książki dla dzieci, ale ponosiło mnie w rejony, których nie było w treści książek. Agnieszka Taborska musiała zmienić swój swój tekst, żeby pasował do ilustracji. To jest taka trochę współpraca. Robiłem prace do wierszy Gałczyńskiego, w 100-lecie urodzin i 50-lecie jego śmierci. Ilustrowałem również książki żydowskie. Rysunki wykonałem na podstawie opowieści mojego ojca o Żydach.

-Miał pan być oficerem. To marzenie pana taty. A jednak trafił pan do „Plastyka” w Zamościu.

-Do Zamościa przywiózł mnie mój ojciec gdy miałem 14 lat. Liceum Plastyczne w Zamościu ukończyłem w 1968 roku. Nauczyciele przetrzymali mnie jeden rok, chcieli mnie „douczyć”. Wyszło mi to na dobre. Z uczniów klasy w której zaczynałem naukę, tylko jeden dostał się na Akademię. Z uczniów klasy, z którą uzyskałem maturę, na Akademię Sztuk Pięknych dostało się nas kilku z „Plastyka” w Zamościu.

-Z niektórymi nadal utrzymuję kontakty. Niestety, odchodzą ludzie mi bliscy, moi dobrzy znajomi. Ostatnio odszedł Tadeusz Woźniak. Dla osoby w moim wieku, to niełatwe chwile. Pracuję każdego dnia. Nadal otrzymuję zaproszenia na plenery i zamówienia. Aktualnie mam zacne zamówienie z kościoła w Lublinie na 14 obrazów, scen Drogi Krzyżowej. To szczęście, że ciągle jestem ludziom potrzebny.

Teresa Madej: -Zauważam, że poezja ma na pana twórczość znaczny wpływ. Wielu swoim pracom nadaje pan tytuły z dużą dozą poetyckości. Np. „Kładka śpiewnych myśli”.

Franciszek Maśluszczak: -Jakoś tak się zjawiają. Udana była też książeczka z moimi rysunkami do poezji Bolesława Leśmiana. Na okładkę wzięto też jeden z moich obrazów.

-Jest coś takiego, gdzie sacrum łączy się z profanum. Zacząłem malować też w kościele na ścianie malować polichromie. Ale także dostałem zlecenie zilustrowania, zaprojektowania okładki do książki „Sekscytacje. Antologia polskiej literatury frywolnej, rubasznej i obscenicznej”, a także rysunków do poezji. Poezji takiej frywolnej, od Reja po współczesnych poetów. Tamże Kochanowski, Fredro, wiersz Ernesta Brylla, Wisławy Szymborskiej. Oni wszyscy takie lubieżne bezeceństwa pisali. Zrobiłem tam rysunki przycieniowane, nie takie wulgaryzmy. Takie nieoczywiste. Książka „Sekscytacje” Andrzeja Możdżonka, wydana w dużym nakładzie, została szybko sprzedana. Dużo tam brzydkich słów... Zacytuję fragment:
„Stary sklerotyk, rybak z Helu,
nagle zakochał się w Fidelu.
Do Kuby go pędziła chuć -
ale gdy tylko wsiadł na łódź,
zapomniał, w jakim płynie celu. (...)Wisława Szymborska
-Wierszyki łatwo zapadają mi w pamięć. Wiele nauczyłem się z poezji, którą uważam za najpiękniejsze co w literaturze jest. Zawarte nieraz w krótkiej formie, a treść taka bogata, że nieraz czytam wiersz dziesięć razy i dowiaduję się różnych rzeczy. Teksty Gałczyńskiego z moimi rysunkami też się szybko sprzedały, chociaż nakład wynosił 30 tys. egzemplarzy.

Teresa Madej: - Wykształcił pan styl indywidualny i w zasadzie niepowtarzalny. Stosuje pan w swojej twórczości własną estetykę - odważną kolorystykę, wyrafinowaną gamę barwną i kompozycję. Rozumiem, że to wpływ prof. Janusza Strzałeckiego na pana edukację. Widza intryguje pokazany na wystawie i w katalogu „Czerwony dom” z 2020 roku.,

Franciszek Maśluszczak: -To refleksja na temat komunizmu, który dominował w czasach mojej edukacji. Pamiętam jak kiedyś piłem wino. Pytano mnie: -Białe czy czerwone? Odpowiadałem: -Piję czerwone, żeby na świecie było jak najmniej czerwonego koloru.

Teresa Madej: -Na pana wystawie są dwie prace związane z muzyką.: „Dyrygent” i „Koncert wokalistów”, a na wystawie poplenerowej kolejny obraz z konotacjami muzycznymi „Klezmerzy zamojscy”. W „Akcencie” z 2016 r. znajdziemy też inne muzyczne klimaty: „Melodia meksykańska”, „Błękitny koncert”, Czym dla pana jako artysty malarza jest muzyka?

Franciszek Maśluszczak: -Muzyka jest dla mnie ważna Bardzo doceniam różnorodność muzyki. Tej muzyki w dzieciństwie mi brakowało. Była fascynacja muzyką weselną graną w remizie. Sam gram warszawskie piosenki na akordeonie. Kiedyś grałem z takimi muzykiem Stasiem Wielankiem z Kapeli Czerniakowskiej. Śpiewałem: U cioci Pelagii, tej grubej, tej z Pragi... A on mnie pyta: -Skąd Ty ją znasz? Odpowiedziałem, że mój dziadek czasami przygrywał. Muzyka jest człowiekowi potrzebna. Sztuka (malarstwo), poezja, muzyka to są trzy dyscypliny, które bardzo kocham. Mogę dać pierwszeństwo każdej z tych dyscyplin. Mam płytotekę muzyki klasycznej, całego Mozarta, Szuberta, Chopina w różnych wykonaniach. Jak przyjechałem na ASP to Piotr Paleczny odniósł sukces w VIII Konkursie Chopinowskim (1970, III nagroda i nagroda za najlepsze wykonanie poloneza) zapoczątkował międzynarodową karierę artysty, a mieszkał w „Dziekance”. Tam Ewa Podleś popiskiwała, Jakowicz grywał na skrzypkach. Jak słyszę muzykę, to od razu się zatrzymuję. Lubię twardy rock, a ludzie nie chcą tego słuchać. Ostatnio byłem w hotelu w Lublinie, pod oknami młodzież grała rocka, ludzie się wściekali, a ja mogłem przy tym dobrze spać. Uważam, że muzyka dojrzewa, w człowieku też. W Zamościu była muzyka „chłopska” tej Orkiestry Włościańskiej Namysłowskiego, była muzyka klezmerów. Zrobiłem ilustrację „Klezmerzy zamojscy” w nawiązaniu do twórczości Singera. W sumie zrobiłem trzy ilustracje z pleneru, także „Targ w Tyszowcach” i „Goraj”.

-W dzieciństwie to było tak, że była stodoła, grała kapela składająca się z 15, 30 panów. Grali i tańczyli. Miałem też w domu patefon, taki nakręcany. Miałem nagrania i recytacje np. Broniewskiego, „Pana Tadeusza” czytał Świderski. Oni to pięknie recytowali. Była też muzyka poważna i rosyjskich orkiestr z utworami z czasów carskich. Miałem w „Plastyku” nauczyciela, muzyka Stanisława Bryka, którego syn Aleksander skomponował hejnał grany z wieży Ratusza. Uczył nas śpiewu. Nauczycielem w PLSP był też Lucjan Górski, organista z kościoła św. Mikołaja, pedagog ze Szkoły Muzycznej. To wszystko w ramach umuzykalnienia przyszłych plastyków - malarzy, rzeźbiarzy – opowiadał Franciszek Maśluszczak, intonując piosenkę, której nauczył się w liceum, w latach 60-tych XX wieku, „U Franka za piecem”.

Teresa Madej: Dziękuję za rozmowę.
Franciszek Maśluszczak: -Dziękuję bardzo.

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Sekcje

Polecamy

ezamosc.pl

Reklama

Narzędzia

Follow Us