Degeneraci spod znaku SS i pierwsze tzw. próbne wysiedlenia Zamojszczyzny
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 129 razy
Na zdjęciu Dirlewangerowcy na ul. Focha w Warszawie
Typowa natura żółdacka
Oskar Dirlewanger był uważany za uosobienie zła. Dowodzonych przez niego kryminalistów w mundurach uznawano natomiast za bestie w ludzkich skórach. To m.in. oni przeprowadzili w 1941 r. tzw. próbne wysiedlenie kilku zamojskich miejscowości, a potem podczas Powstania Warszawskiego pacyfikowali Wolę.
„Typowa natura żołdacka. Przed swym wstąpieniem do SS służył już w legionie hiszpańskim (chodzi o legion Condor – przyp. red.) ” – pisał o Oskarze Dirlewangerze SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zalewski. „Osobiście nieustraszony i dzielny, podtrzymywał swój autorytet tylko przez największą brutalność. Nałogowy pijak i łgarz (...). Chociaż wiedział, że ma wielu wrogów wśród porządnych ludzi (co ciekawe Bach-Zalewski miał zapewne także siebie na myśli – dop. autor), umiał jednak tak zatrzeć ślady przestępstw, że nigdy nie można mu było niczego dowieść. Takie postępowanie ułatwiały mu nieograniczone względy, jakimi się cieszył u Hitlera i Himmlera”.
Oskar Dirlewanger urodził się 26 września 1895 r. w Würzburgu. Walczył w I wojnie światowej, gdzie został ranny (przyznano mu wówczas niemiecki Żelazny Krzyż). W latach 1919-1921 służył w różnych jednostkach Freikorps (były to formacje paramilitarne). Potem studiował we Frankfurcie politologię. Tam zdobył także doktorat. W lipcu 1934 r. trafił do więzienia za gwałt na czternastoletniej dziewczynce (pozbawiono go wówczas akademickiego tytuły doktora). Po dwóch latach wyszedł z więzienia w Ludwigsburgu i... znowu zgwałcił kobietę.
Zesłano go za to do obozu koncentracyjnego w Welzheim. Dirlewangerowi pomógł wówczas Gotlob Berger, czołowy ekspert SS do spraw selekcji rasowej. Uznano, że skazaniec mógłby się „zrehabilitować” podczas wojny domowej w Hiszpanii. Według swoich przełożonych spisał się tam znakomicie. W latach 1936-1939 Dirlewanger szkolił żołnierzy Legionu Condor, za co w 1940 r. unieważniono mu wyrok „o obrazę obyczajności”. Odzyskał wówczas tytuł doktora oraz został przyjęty do NSDAP, a potem do SS. To wtedy utworzył brutalne SS-Sonderkommando Dirlewanger.
Gromada świń
Nie była to typowa formacja. Pułk SS „Dirlewanger” (zwano go także brygadą „Dirlewanger”) szybko zdobył ponurą sławę. Tylko 5 proc. jego składu stanowiły osoby wcześniej nie karane (byli to zwykle dowódcy). Aż 50 proc. stanowili natomiast niemieccy kryminaliści, których warunkowo zwolniono z więzień. Reszta była dezerterami z innych armii oraz volksdeutschami.
Członkami tej brygady pogardzali nawet niektórzy żołnierze „Wehrmachtu”, a Brigadenführer SS Ernst Rode, podczas zeznań, które złożył po wojnie w Norymberdze, nazwał żołnierzy Dirlewangera „gromadą świń”. Byli oni jednak tak naprawdę bestiami w ludzkiej skórze. Ich okrucieństwo było wręcz niewyobrażalne. W 1940 r. oddział Dirlewangera został przydzielony do dystryktu lubelskiego Generalnego Gubernatorstwa. Ponadto sam Dirlewanger został mianowany komendantem obozu pracy dla Żydów w Starym Dzikowie, w powiecie lubaczowskim (obóz działał od wiosny do późnej jesieni 1940 r). O udziale formacji w tzw. próbnym wysiedleniu Zamojszczyzny pisze także Soraya Kuklińska w książce pt. „Oskar Dirlewanger”. Ona również powołuje się na ustalenia Martina Winstone oraz Petera Longericha (napisał książki „Goebels. Apostoł diabła oraz „Himmler. Buchalter śmierci”). O uczestnictwie SS-Sonderkomando Dirlewanger w tej operacji na Zamojszczyzny wspomniał również Johannes Sachslehner (jest on autorem biografii Amona Leopolda Gőtha, kata SS znanego z filmu pt. Lista Schindlera).
„Była to jedna z wielu akcji przesiedleńczych zaplanowanych przez Himmlera, aby opróżnić teren dla etnicznych Niemców (wstęp do akcji zamojskiej)” – pisała Soraya Kuklińska. „W tym samym czasie rozpoczęto „ogólny przegląd” polskiej ludności i jej majątku. Sama operacja nie zakończyła się jednak sukcesem, o czym świadczy raport naczelnika powiatu zamojskiego Helmutha Weinhenmaiera z 20 listopada”.
Akcja spowodowała ogromny niepokój i zamęt. O jej skutkach możemy również przeczytać w „Informacji bieżącej” nr 24 o wysiedleniach w powiecie zamojskim przeprowadzonych w dniach 6 i 7 listopada 1941 roku.
Atmosfera popłochu i lęku
„Rozpoczęto je w nocy, na ogół pozwalano zabierać dowolne ruchomości, kto miał konia – nawet narzędzia gospodarskie. Jednak traktowanie bardzo brutalne, Niemcy naglili biciem do pośpiechu” – czytamy w tym dokumencie (został sporządzony w grudniu 1941 roku). „Większość młodzieży zbiegła i ukryła się. W przymusowej sytuacji wielu sprzedawało za bezcen, rozdawało, a nawet niszczyło inwentarz żywy, martwy i zapasy. Zboża rzucano do rzek, studzien, polewano naftą, mieszano razem mąkę, cukier, sól, sodę. Ceny we wsiach wysiedlonych spadły więcej niż 10-krotnie”.
W raporcie pisano także o ponurej atmosferze tamtego czasu, tuż po tzw. pierwszych wysiedleniach. „100 kg pszenicy sprzedawano (w m. Sitaniec) za 30 zł. Ze wsi „spisanych” gospodarze w przewidywaniu wysiedleń masowo wynosili dobytek do krewnych i znajomych ze wsi nie spisanych. W pewności czy obawie wysiedlenia i poczuciu, że nie ma nic do stracenia bardzo wielu przestało odstawiać kontyngenty (…), zaprzestano też w wielkiej części dostawy buraków do cukrowni. Młyny za to były oblężone, mielono ile się da. Wśród chłopów wiele mówiono, że w razie dalszych wysiedleń nie cofną się przed paleniem (swoich – dop. autor) wsi. Ale już były takie wypadki, jedną ze wsi wysiedlonych (Bortatycze) podpalano cztery razy (…)”.
Nie tylko jednak wieści o wysiedlonych wsiach budziły niepokój. „Trzeba zaznaczyć, że powstająca łatwo na wsi atmosfera popłochu i lęku przed wysiedleniem jest świadomie podsycana i wzbudzana przez okupanta m.in. przez wójtów, którzy np. na Zamojszczyźnie rekrutują się z w wielkiej części z przesiedleńców” – czytamy w „Informacji bieżącej” z grudnia 1941 r.. „Dokonują oni opisywania gospodarstw, straszą zwłaszcza opornych dostawców kontyngentów. We wschodnich powiatach GG szerzy się pogłoska, ze źródeł zapewne niemieckich lansowana, że wszystkie wsie będą stopniowo wysiedlane za Bug”. W tym czasie sporządzone zostało konspiracyjne sprawozdanie z sytuacji politycznej w kraju w okresie od 1 października do 31 grudnia 1941 r. dotyczące akcji germanizacyjnej w powiecie zamojskim. To także interesujący dokument.
Niemieccy osadnicy
„W Generalnym Gubernatorstwie okres sprawozdawczy przyniósł w dziedzinie akcji wysiedleńczej i osadniczej nowe fakty: pierwsze kroki zmierzające ku zainicjowaniu i zapoczątkowaniu na tym terenie niemieckiej akcji kolonizacyjnej” – czytamy w sprawozdaniu. „Próbę tę przeprowadzono na terenie pow. zamojskiego, gdzie wysiedlono szereg polskich wsi, położonych w sąsiedztwie wsi tzw. osadników józefińskich z drugiej połowy XVIII stulecia, od dawna całkowicie spolszczonych, a obecnie na gwałt niemczonych. Wysiedlenie dotknęło około 1 tys. polskich włościan obojga płci i wszelkiego wieku. Pozbawieni wszelkiego mienia poszli na tułaczkę. Na ich miejsce sprowadzono już osadników niemieckich.
Prasa niemiecka wyraźnie oświadczyła, iż jest to początek „nowoczesnej, niemieckiej kolonizacji wschodniej wewnątrz Generalnego Gubernatorstwa”. Wysiedlono też dla niemieckich celów osadniczych pewną ilość włościan polskich w pow. puławskim (…)”.
Doświadczenia zdobyte na Zamojszczyźnie zostały niechlubnie wykorzystane. W 1942 r. brygada Dirlewangera walczyła z partyzantką radziecką na Białorusi. Palono i pacyfikowano tam całe wsie, mordowano też na masową skalę miejscową ludność cywilną. Niemieccy dowódcy patrzyli na to bestialstwo z uznaniem. Podkreślano głównie dzielność bandytów w niemieckie mundury.
„O ile złe były moralne właściwości brygady Dirlewanger, o tyle wysoka była z drugiej strony jej wartość bojowa” – podkreślał Erich von dem Bach-Zalewski. „Składała się ona wyłącznie z karanych poprzednio kryminalistów i przestępców politycznych, którym była zapewniona amnestia, o ile wykażą się męstwem w walce. Byli więc ludźmi, którzy nie mieli nic do stracenia, a wszystko do zyskania. Dlatego też narażali swe życie bez wahania”.
Brutalne zbrodnie
Erich von dem Bach w latach 1943-44 był dowódcą niemieckich oddziałów, które używano do walk z partyzantami w okupowanych państwach. Tak pisał dalej o żołnierzach dowodzonych przez Dirlewangera: „Byli świadomi tego, że mają złą sławę zarówno u swoich, jak u nieprzyjaciela i dlatego nie mogą oczekiwać żadnej łaski” – notował von dem Bach. „W walce nie dawali pardonu, jak i nie oczekiwali go sami. Brygada Dirlewangera miała wskutek tego straty sięgające trzykrotnej liczby w stosunku do stanu początkowego. Do tego trzeba dodać, że był w niej wysoki procent ludzi uprzednio karanych za kłusownictwo, którzy posiadali zadziwiającą sprawność strzelecką. W związku z tym wytworzyła się w brygadzie swoista ambicja: tylko celny strzał do przeciwnika na dalszą odległość zasługiwał na uznanie”.
W skład brygady Dirlewangera wchodziły dwa bataliony, kompania przeciwpancerna oraz kompania miotaczy min. W 1944 r. jednostka liczyła 860 osób. Wówczas wcielono do niej (jako uzupełnienie) dodatkowych 2,5 tys. żołnierzy. Już 4 sierpnia (kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego) brygada została użyta do walki przeciwko powstańcom. Dzień później psychopaci i kryminaliści dowodzeni przez Dirlewangera (wspólnie z innymi, niemieckimi oddziałami) wkroczyli na warszawską Wolę. Tam odbyła się masowa rzeź cywilnej ludności. Ludzi wyganiano z domów i pędzono na miejsca straceń. Systematycznie podpalano także budynki w tej dzielnicy miasta. Ocenia się, że podczas masakry zginęło wówczas ponad 40 tys. osób. Potem batalion Dirlewangera uczestniczył także w wielu innych, bestialskich akcjach pacyfikacyjnych, które przeprowadzono w Warszawie. Trudno je zliczyć. Przerażały one nawet niemieckich żołnierzy.
„Dirlewanger stał ze swymi ludźmi i się śmiał. Przez plac pędzili pielęgniarki z (...) lazaretu, nagie z rękami na głowie. Po nogach ciekła im krew. Za nimi ciągnęli lekarzy z pętlą na szyi (...). Szli pod szubienicę, na której kołysało się już kilka ciał. Kiedy wieszali jedną z sióstr, Dirlewanger odkopał jej cegłę spod nóg – wspominał po wojnie jedną z egzekucji Mathias Schenk, Belg, który jako niemiecki saper szturmowy służył w Warszawie.
Żołnierz widział też inne „wyczyny” Dirlewangera i jego podkomendnych.
„Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil zanim wpadł Dirlewanger” – wspominał Schenk. „Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500”.
Rzeźnik Warszawy
W 1944 r. niemieckie dowódco uhonorowało Dirlewangera Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego (Polacy nazwali go „rzeźnikiem Warszawy”). Po Powstaniu Warszawskim brygadę Dirlewangera skierowano na Słowację i na Węgry. Potem przeniesiono ją nad Odrę, dokąd dotarł w tym czasie front niemiecko-sowiecki. W tych walkach „obronnych” Dirlewanger został ranny. „Gdy dochodził do zdrowia w bawarskim Altshausen, schwytały go francuskie oddziały okupacyjne; został rozpoznany przez polskich jeńców i w niejasnych okolicznościach pobity tak dotkliwie, że zmarł na skutek pęknięcia czaszki” – pisał Norman Davies w książce „Powstanie’ 44””. „Oto brutalna sprawiedliwość”.
Niektórzy przypuszczają, że pobicia mogli dokonać byli żołnierze Powstania Warszawskiego. Jako datę śmierci Dirlewangera podaje się 7 czerwca 1945 r.
(fragment książki Bogdana Nowaka pt. "Za drutami. Z archiwum ludzkich wspomnień").
