Zaduszkowe opowieści. Na drodze w zaświaty
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 96 razy
Rysunek pt. „Spotkanie na polu”. Został wykonany przez Małgorzatę Wiśniewską – siostrę autora
Mickiewicz był zafascynowany opowieściami o duchach, potępieńcach i paranormalnych zjawiskach, których podobno pełno było w dawnej Rzeczypospolitej. Były one dla poety inspirujące. Ślady tych dawnych przekazów można odszukać także m.in. w Mickiewiczowskich „Balladach i romansach”.
Różnie wyobrażano sobie życie w zaświatach — miejscu pobytu zmarłych, ich pośmiertny los, którego czasem się lękano. To działało na wyobraźnię. Śmierć nie była zresztą tematem tabu, bo stykano się z nią podczas wojen, potyczek, epidemii czy publicznych egzekucji.
Nagłe zgaśnięcie świecy
„Odbył się pogrzeb z honorami wojskowymi pobożnie zmarłego Aleksandra Myszki Chołoniowskiego, łowczego lubelskiego i przełożonego straży zamkowej j. ośw. Patrona (Jana „Sobiepana” Zamoyskiego”). Zmarł on po trzech latach cierpienia na paraliż głowy i całego ciała. R. in s.P.! — pisał 10 czerwca 1660 r. zamojski kronikarz Bazyli Rudomicz. — Kazanie na jego pogrzebie wygłoszone przez ojca franciszkanina: Włóż kołczan swój, albowiem będziesz walczył! Zbliż się, aby błogosławiła cię dusza moja! Zmarły od 18 roku życia jako żołnierz dzielnie walczył z wrogami we wszystkich wojnach dla dobra Kościoła i Ojczyzny itd.”.
Nie zawsze staropolskie ceremonie pogrzebowe były tak dostojne, bo nie każdy szlachcic miał tyle zasług. „Łajał, bił obuchem, teraz leży do góry brzuchem” — taką złośliwą przyśpiewkę można było usłyszeć na pogrzebach niektórych dostojników. Czasami o równości ludzi wobec śmierci rzeczywiście mówiono złośliwie i kpiarsko, częściej jednak były to opowieści pouczające, ale też makabryczne, co nikogo zresztą w dawnej Polsce nie dziwiło. Nie stroniła od tematu śmierci sztuka religijna. W kościołach umieszczano wyobrażenia szkieletów, trupich czaszek, tańców śmierci, a sentencja „Memento mori” („Pamiętaj o śmierci”) była w Rzeczpospolitej niesłychanie popularna, i to przez całe wieki. Podkreślano w ten sposób równość ludzi przed Bogiem oraz demokratyczność umierania, które czeka każdego, bez względu na pozycję społeczną. Wielu „prostaczków” przyjmowało to z satysfakcją.
„Wnidź, proszę cię, na cmyntarz, przyrównajże papieżów, cesarzów, królów, książąt kości z kościami żebraczymi: ujźrysz, że żadnej różności między nimi nie najdziesz, jedno to, że z wielkich panów ciała, które rozkosznie chowali, rozmaitymi pokarmami nakarmili, smrodem przewyższają ciała tych ludzi, którzy na prostym chlebie przestawali” — pisał Jan Karten w swoim traktacie pt. „O czterech ostatecznych rzeczach”; pracę wydano w drugiej połowie XVI w.
W dawnej Polsce śmierć była na wyciągnięcie ręki. Wierzono, że jej przybycie zapowiada wycie psa, zabawa dzieci w pogrzeb czy np. nagłe zgaśnięcie świecy. Uważano, że ta dziwna, ponura istota „anonsuje” także swoje przyjście w snach i w przeczuciach. Bano się jej. „Bo gdy o śmierci słyszę, zawsze się niezmiernie pocę, tak, że przed strachem i bojaźnią nie wiem, gdzie się mam podziać” — miała tłumaczyć swoją niechęć do kościelnych nabożeństw pewna niewiasta żyjąca w XVII w.
Najwyżej ceniono śmierć męczeńską, ponoszoną z rąk wrogów wiary. (Tak np. zginął z rąk Kozaków Andrzej Bobola, jeden z katolickich patronów Polski.) Na drugim biegunie tej hierarchii właściwego umierania było samobójstwo. Odebranie sobie życia uznawano za przejaw nienawiści i wrogości wobec świata żywych i jego wartości. Samobójstwo było „złą śmiercią”, bez względu na jego przyczynę (czasami ludzi popychała do niego np. choroba psychiczna czy bieda). A jednak samobójców także w dawnej Polsce nie brakowało.
Duszyczki się gromadzą
„Znałem takich, co się poobwieszali, gdy zboże nadspodziewanie w targu staniało” — pisał ze zdziwieniem Jan Brożek, XVII-wieczny matematyk, astronom i medyk. „Przykłady samobójstwa u ludu, jakkolwiek nie są zbyt częste, ale się zdarzają — czytamy w książce Oskara Kolberga pt. „Mazowsze”, wydanej w 1885 r. — Chłop niewiele przywiązuje wagi do życia, jeżeli napadnie go turbacya, na którą nie może sobie poradzić. We wsi Aleksandrowie pod Czerskiem, kobieta jedna niezbyt dawno, wyprawiwszy dzieci do lasu na jagody, kiedy mąż pracował u żniwa, zamknęła się w chałupie, wypiła pół-kwarty wódki i położywszy się na murku (od kominka), kosą gardło sobie przerznęła. W innej znowu wsi pastuch jesienną porą gdzieś zginął; znaleziono go dopiero przypadkiem na wiosnę, powieszonego i wyschłego już na górze (strychu) nad wozownią, na którą nikt przez całą zimę nie zaglądał. Był to pijak i włóczęga (…). Wisielników takich, jak ich lud nazywa, chować się powinno na rozstajnych drogach, — i jest powszechna wiara, że djabli ciągnąc do piekła duszę człowieka powieszonego, sprawiają mocny wicher na świecie”.
W tomie dzieł Kolberga pt. „Lubelskie” (1884 r.) czytamy natomiast: „Nikt się nie chce dotknąć wisielca skutkiem pogardy; powszechnie też, ażeby go odwiązać i pochować, używają zupełnie obcych ludzi. Starają się nawet włościanie, ażeby go nie pogrzebać w obrębie granic swej włości; a to dlatego, żeby Bóg włość nie ukarał gradobiciem, i wyprowadzają trupa zawsze za granicę. Bywały zdarzenia, iż włościanie spostrzegłszy grożące nieszczęście, że wisielec lub iakibądź somobójca podwieziony i pochowany został w ich granicach, odkopują go i napowrót do właściwych granic odwożą, a tam go znowu chowają. Człowiek odwiązujący wisielca, niema potem u nikogo szacunku, uważają go jako spodlonego, równie prawie jak tego, co skóry ze zdechłych bydląt obziera i ścierwa zakopuje”.
Samobójcom odmawiano pochówków w poświęconej cmentarnej ziemi. Grzebano ich najczęściej poza ludzkimi osadami. Na mogiły rzucano stosy gałęzi, które były co jakiś czas podpalane. Robili to np. pielgrzymi wyruszający do licznych w naszym kraju sanktuariów. Po co? Wierzono, że tylko przy takich ogniskach zziębnięte pokutujące dusze mogą się ogrzać (do dziś ogniska są rozpalane podczas Zaduszek w sąsiedztwie niektórych cmentarzy). Ogień mógł też podobno niektórym „cieniom zmarłych” oświetlić drogę w zaświaty.
„Na mogiłach przypadkowo zabitych, czy to po lasach, czy po gościńcach, każdy z przechodzących winien zawsze porzucić gałązkę — tłumaczył Kolberg. –Tworzą się wtedy dość znaczne kupy drzewa, które kompanije pobożne, udające się do miejsc świętych, zapalają. Znaczenia zwyczaju tego lud dzisiaj już nie rozumie, ale go tradycyjnie aż dotąd przechowuje”.
Nie tylko tak starano się zmarłym pomóc. Z duszami, także owych samobójców-potępieńców, można było rozmawiać podczas zaduszkowych tajemniczych ceremonii. Zostały one opisane przez Adama Mickiewicza w „Dziadach”. Zwoływano tam wówczas duchy, także te, które skalały się zbrodniami, i próbowano udzielić im pomocy. Słuchano też ich rad. Czasami jednak dusze zbierały się w kościołach czy cerkwiach bez pośrednictwa guślarzy i innych żywych ludzi.
„Lud wiejski wierzy, iż wśród nocy poprzedzającej dzień Zaduszny powstaje w kościele wielka jasność i wszystkie duszyczki modlą się przed wielkim ołtarzem — pisał w 1900 r. Zygmunt Gloger w swoim »Roku polskim w życiu, tradycji i pieśni«. — Chwila ta ma być o samej północy, poczem każda duszyczka przybywa do swej rodziny w domowe progi. Pewna kobieta, która dużo płakała za zmarłą córką, pragnąc ją ujrzeć w dzień Zaduszny, pozostała na noc w kościele. Przed północą zaczęły gromadzić się duszyczki i przybyła jej córka. A miała ona w ręku wielki dzban, który ukazała matce, mówiąc, że są w nim zebrane wszystkie łzy, jakie wylała płacząc po córce”.
Gloger przytacza też inne zaduszkowe opowieści.
Popiół — pułapka na zmarłego
„Pewien kmieć, ukrywszy się w kościele, gdy uderzyła północ, widział jak jasność wielka ogarniała całą świątynię wewnątrz — pisał uczony. — Organy same zagrały i uderzyły wszystkie dzwony, otworzyły się podwoje kościelne, a przed niemi na cmentarzu stanął wielki orszak zmarłych ludzi w szatach bogatych i ubogich, poprzedzony przez księży, zakonników i biskupów, którzy ze światłem w ręku, kropidłem i kadzidłem, w uroczystym pochodzie, każdy wprowadził swój naród do kościoła”.
Byli tacy, którzy te tajemnicze uroczystości widzieli m.in. przez szpary w deskach. Zmarłym pomagano również w inny sposób. Podczas Zaduszek (2 listopada, po dniu Wszystkich Świętych) organizowano w dawnej Polsce uroczyste msze ze specjalnie dobranymi kazaniami.
„Przew. ks. Budzyński wygłosił kazanie do słów: Przyjdzie godzina i teraz jest, kiedy to dusze w czyśćcu błagają — zlitujcie się nade mną przynajmniej wy przyjaciele moi. Kaznodzieja dowiódł, że pożyteczną jest rzeczą dla zmarłych, a zbawienną dla wszystkich, modlić się za tych, którzy zeszli z tego świata” — pisał Bazyli Rudomicz 2 listopada 1668 r. A dzień później zanotował: „Odprawione zostało nabożeństwo za zmarłych profesorów, w czasie którego ks. Rożeński wygłosił egzortę (…). Na zamku także zostało odprawione nabożeństwo żałobne za spokój duszy j. ośw. patrona i wojewody sandomierskiego (Jana Zamoyskiego). Niech odpoczywa w spokoju!”.
W dawnej Polsce często organizowano stypy i obiady żałobne. Na wsi takie uczty na cześć zmarłych zwano kiedyś chauturami. Suto zastawiano wówczas stoły i zapraszano do nich najuboższych. Dawano im także różne podarki. Biedni otrzymywali je też przed kościołami i cerkwiami. Były to na ogół drobne monety lub jedzenie, np. pierogi, chleb czy placki. Czego oczekiwano w zamian? Biedacy mieli modlić się do Boga za dusze wybranych przez ofiarodawców zmarłych. Uważano, że przy pomocy biedaków łatwiej przejść z jednego stanu w inny. A nędzarzy nigdy nie brakowało. W dawnej Polsce mawiano nawet: „Na każdym weselu swat, na każdej stypie dziad”.
Niektórzy z owych dziadów, wśród nich ślepcy, których zwykle obdarzano znacznie hojniej niż zwykłych żebraków, wędrowali od wsi do wsi. Uważano, że mają oni tajemną wiedzę oraz są „ludźmi bożymi”. Dlatego zapraszano ich także na nocne czuwania przy zmarłych domownikach. Czasami owi dziadowie wędrowni prowadzili też wiejskie kondukty pogrzebowe. Bywało, że zastępowali w tej roli księży! Śpiewali wówczas ułożone przez siebie pieśni, np. „Płacz grzesznych dusz”, złożoną aż z 32 zwrotek. Wędrowni dziadowie śpiewali ją najczęściej w Zaduszki oraz podczas pogrzebów. Tak się rozpoczyna: „Dusze rzewnie zapłakały. / I ku niebu poleciały. / Niebo, niebo, przyjmijże nas, / Boć Pan Jezus znać nie chce nas. / A niebo im odpowiada, / ach biada dusze, biada wam. / Czemużeście nie słuchali, / w ciężkich grzechach umierali (…)”. W Zaduszki dary od parafian dostawali też księża. Stawiano je zwykle w koszach za kościelnymi ołtarzami. Były to zabite prosięta, koguty, sery, jajka itd. Miało to podobno wzmocnić chęć kapłanów do modlitw za dusze zmarłych. Ponadto za każdą wymienioną z imienia duszyczkę dawano duchowieństwu pieniądze oraz chleb, który dzielono na tyle kawałków, ilu zmarłych było w rodzinie. Tak wyposażeni duchowni odprawiali tzw. wypominki, czyli specjalne msze na cmentarzach.
W dalekiej przeszłości święta ku czci zmarłych odbywały się kilka razy w roku, także na wiosnę. Robiono to z wdzięczności i miłości do przodków. W ten sposób pielęgnowano pamięć o bliskich. Takim obrzędom towarzyszyły modły, czasami jeszcze do pogańskich bogów, i ofiary m.in. z jadła i napojów, które zostawiano na grobach. Chrześcijaństwo przejęło tradycję tych pradawnych uroczystości. Części starych zwyczajów i wierzeń nie udało się jednak wykorzenić. „Wierzono (…), że zmarli przed pójściem do kościoła na swoją mszę, przychodzą do domu (rodzinnego), by się umyć i uczesać; dlatego w tym dniu zostawiano dla nich lustro, grzebień i wodę, a także nie spuszczano z uwięzi psów” — pisał ks. Waldemar Malinowski, badacz zwyczajów i wierzeń regionu hrubieszowskiego, w książce pt. „Miniony czas”.
Zanotowano też wiele opowiadań o przychodzeniu zmarłych matek do ich małych dzieci. Były zresztą sposoby, aby to sprawdzić. „Wierzono, że dusza po śmierci przebywa na ziemi 40 dni, jak pan Jezus do chwili swojego Wniebowstąpienia — pisał ks. Malinowski. — W tych dniach dusza odwiedzała miejsca swojego życia, dlatego nie zmieniano niczego, co wiązało się z nieboszczykiem. Podłogę w izbie posypywano popiołem i jeżeli rano zobaczono ślady stóp, to uważano, że zmarły odwiedza dom”.
Czasami wizyty składała też w domach kostucha.
Wije się po płotu, szukając kłopotu
„Śmierć wyobrażają sobie jako ducha zupełnie różnego od wszystkich, bo w materyalnej postaci — pisał Kolberg w tomie swoich dzieł poświęconym Lubelszczyźnie. — Jest to szkielet nagi, biały, jasnokościsty, trzymający kosę w ręku, którą zarówno ścina głowy panów jak i chłopów (…). Po niektórych parafiach przy obrządkach pogrzebowych można ją widzieć malowaną na chorągwiach. Z wyobrażeń śmierci malowanej, zapewne poszło przysłowie: a bodajś z kości odpadł. Niektórzy znów, że się nagłej śmierci boją, przeklinają: a bodaj cię nagła śmierć spotkała”.
Jak pisał Kolberg, śmierć w naszym regionie widywano na polach, w gospodarstwach i domach, gdzie byli ludzie chorzy. Z tego, w jaki sposób została zauważona, można było wywróżyć dalsze losy takiej osoby. „Lud mówi: że ją widziano jak chodziła koło ścian chorego, że ją chory widział przy swojem łóżku i że z nią rozmawiał. Kiedy chory zobaczy ją przy łóżku w nogach, to dobrze: bo oznacza mu to nadzieję wyzdrowienia; lecz jeżeli przy boku lub przy głowie, umierać on musi koniecznie i wkrótce — pisał etnograf. — Mówią, że częstokroć, (śmierć) zmordowana wycinaniem ludzi, przychodzi do chorego i prosi go ażeby ją przeniósł w pożądane miejsce, a natenczas chory posłuszny, nabywa siły szczególnej, wstaje o swej mocy. Śmierć ta jest lekką jak piórko, z łatwością ją więc przenosi i zdrów wraca do domu”.
Powstały też ludowe przesądy związane z groźną kostuchą. „Śmierć się wije po płotu, szukając kłopotu — znana jest pieśń (pierwszy wers) jeszcze od pogaństwa w Polsce — pisał Kolberg. — Dlatego to może ziele przestępnik pospolicie zwane, które się na płotach obwija i przy nich rośnie, nie można psuć i wykopywać w czasie rośnienia, aż chyba wtenczas, kiedy łodygi uschną i liście oblecą, albowiem można kogoś w tym dniu o śmierć przyprawić”.
Wierzono, że nieszczęście przynosi też spotkana trumna ze zmarłym, „tem bardziej gdy się naprzeciw niego idzie”. Nie tylko. Nie wolno było się także oglądać za pogrzebem, bo to sprowadzało nieszczęścia, oraz targować się ze stolarzem o cenę trumny — miało to „ciążyć na duszę zmarłego”. „Wystrzegają się bardzo przy robieniu trumny, ażeby w części wieka która na głowę umarłego przypada, nie było sęków, albo przynajmniej, żeby sęk przy heblowaniu nie wyleciał — czytamy w zapiskach Kolberga. — Pozostałą bowiem dziurą od sęka umarły na świat wyglądać może i którego z krewnych do siebie zabierze”.
Żegnajcie moje progi
Co z tych dawnych wierzeń i obyczajów pozostało? Wybraliśmy się jakiś czas temu na cmentarz parafialny w Horyszowie Polskim w gminie Sitno. 72-letni wówczas Antoni Kidybiński z miejscowości Dębina w gminie Miączyn porządkował tam rodzinne groby. To go nastroiło do zaduszkowych opowieści. Dawne zwyczaje wspominali też inni mieszkańcy pobliskich miejscowości.
— Gdy człowiek umarł, ciało musiało pozostać w domu co najmniej dwie doby — opowiada pan Antoni. — Gromadzili się przy nim ludzie z całej okolicy. Modlili się przy zwłokach. A gdy nieboszczyka wynoszono, to zawsze nogami do przodu. Ten zwyczaj istnieje nadal. Gdy trumnę wynosi się z domu, nad każdym progiem musi być podniesiona i opuszczona. Wypowiada się przy tym formułę: „Żegnajcie moje progi, gdzie chodziły moje nogi”. W ten sposób zmarły żegna się ze swoim domem. Nie wiadomo, co to podnoszenie trumny ma symbolizować. Ale ten zwyczaj jest bardzo stary.
— Gdy zmarł młody mężczyzna, z rodzinnej wsi aż do kościoła, a potem na cmentarz nieśli go w trumnie młodzi mężczyźni — dodaje pani Irena, którą także spotkaliśmy w Horyszowie Polskim. — Kiedy natomiast umierała panienka, zawsze ubierano ją w suknię ślubną. Połowę welonu zostawiano poza trumną. I tak wkładano do grobu.
— Widziałem we wsi taki pogrzeb, gdy byłem młody — wspomina pan Krzysztof, mieszkaniec Zamościa, pochodzący z Horyszowa Polskiego. — Było to chyba w 1962 r. Dziś już ten zwyczaj jest chyba zapomniany. Podczas pogrzebu nikt z rodziny zmarłego nie mógł nieść krzyża przed trumną, bo to zwiastowało nieszczęście lub rychłą śmierć. Z tego powodu bliskim nie wolno było też wynosić kwiatów z kościoła. Tak jest do dzisiaj. Pan Krzysztof to rozumie. Jednak niektóre zwyczaje czy — jak to nazywa — „zabobony” wciąż go zastanawiają.
— O ile drzewo, na którym powiesił się człowiek, należało spalić, to sam sznur miał przynosić szczęście — dziwi się mężczyzna. — To jest jakaś sprzeczność, której nie mogę pojąć. Ludzie bali się też duchów, które błąkały się po śmierci. Czasami był to strach wręcz paniczny. W byle stuknięciu, krokach na schodach, dziwnie wyglądającej gałęzi, krzyku ptaka dopatrywali się pozaziemskich sił, wiadomości, znaków. Coś się jednak na Zamojszczyźnie m.in. w sprawie duchów-„strachów” zmieniło. Mówi o tym Alina Nowak (matka autora; urodziła się w Sitnie w 1938 r.).
Zjawa na trzech chłopa
— Ludzie często opowiadali kiedyś, że widzieli jakieś tajemnicze postacie błąkające się po polach. Na uroczyskach i przy bagnach można było podobno spotkać błędne ogniki, które zwodziły wędrowców na manowce — wspomina Alina Nowak. — Niesamowite historie przytrafiały się w naszej rodzinie. Moja mama Aniela widziała w Sitnie — były to lata 20. ub. wieku — na polach w okolicy dzisiejszego Urzędu Gminy ponurą postać. Jak opowiadała, była ona wysoka na trzech chłopa! Istota szła po polach bez butów. Miała na sobie zarzuconą białą płachtę. Materiał zakrywał także jej głowę i twarz. Moi bliscy natknęli się na tę zjawę, gdy wracali po pracy w polu… Mój dziadek Maciej Jakubiak szedł pierwszy, a z tyłu podążały za nim moja mama i jej siostra. Obie były wówczas młodymi dziewczynami. Co ciekawe, tę postać widziały tylko one. Obie były pewne, że ujrzały śmierć, która szła po jakąś duszę w okolicy. Tak się tej zjawy przestraszyły, że zaczęły w popłochu uciekać. Zresztą okazało się, że tego dnia rzeczywiście ktoś we wsi umarł…
Maciej Jakubiak był jednak zdziwiony zachowaniem córek, bo nikogo nie zauważył, chociaż przeszedł podobno tuż obok tej kroczącej po polach ponurej postaci.
— Innym razem moja mama (Aniela Wieczerza — dop. autor) widziała w Sitnie zmarłą koleżankę Bronkę — ciągnie swoją opowieść Alina Nowak. — Zobaczyła ją we wsi w nocy. Był tam taki duży rów, ale zjawa po prostu nad nim przepłynęła, a potem gdzieś znikła. Ludzie opowiadali też, że na drodze obok cmentarza w Horyszowie Polskim dziwnie zachowywały się gospodarskie konie. Strzygły uszami, były niespokojne, a czasami wręcz stawały dęba. Coś czuły, widziały. Konie zbuntowały się w tym miejscu m.in. mojej ciotce Stefanii, która wraz z mężem jechała tamtędy furmanką. Teraz jednak o zjawach, tajemniczych ognikach i innych nadprzyrodzonych zjawiskach ludzie przestali opowiadać.
Czyżby przestały wioski nawiedzać? Dlaczego miałoby się tak stać? Niektórzy starsi ludzie na Zamojszczyźnie tłumaczą, że jakiś czas temu papież zakazał im włóczenia się po świecie. Jedna ze starszych kobiet w Szczebrzeszynie (w tym mieście liczba opowieści o duchach była kiedyś wręcz rekordowa) powiedziała mi szeptem, że „Ojciec Święty wszelkie strachy zakreślił”. Jak to możliwe?
— Ot tak, jedną kreską, na dokumencie — wytłumaczyła kobieta ze Szczebrzeszyna.
Fragment książki Bogdana Nowaka pt. „Państwo Zamojskie”.
