"Gość w dom, Bóg w dom". Kardynał Wyszyński i warszawscy spirytyści na działach grabowieckich
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 165 razy
Zdjęcie wykonano prawdopodobnie w 1943 r. w Stanisławce. Widać na nim panią Mięcikowską z Warszawy. Uwagę zwraca jej elegancka, jak na wojenne czasy, sukienka i fryzura. W końcu to Warszawianka! Fot. ze zbiorów Adama Gąsianowskiego
Uzbrojeni nie budzą lęku
Stanisławkę zawsze uważano za wieś bezpieczną i spokojną. Według spisu z 1921 r. stało tam 69 domów, w których mieszkało 525 osób. W przeważającej większości byli to Polacy. Zarejestrowano tylko 14 obywateli pochodzenia żydowskiego oraz jednego Ukraińca. Miejscowość leży w obrębie Działów Grabowieckich, jest górzysta i malownicza. W czasach międzywojennych działała tam spółdzielnia zbożowa, która miała tartak i młyn. Funkcjonowały też sklep z artykułami spożywczymi oraz karczma.
Nie odbywał się w nich handel na wielką skalę. Bo miejscowość położona była daleko od szlaków komunikacyjnych i linii kolejowych. Nie wybudowano tam utwardzonych traktów, przez które przetaczałyby się armie kolejnych najeźdźców. To miało swoje konsekwencje. Podczas II wojny światowej Stanisławka nie została przez Niemców wysiedlona, choć taki los spotkał np. mieszkańców pobliskiego Sitna i Skierbieszowa. Powodów było wiele.
Jak tłumaczą miejscowi, wieś jeszcze podczas wojny otaczały potężne lasy, do których niechętnie zapuszczali się niemieccy okupanci (po wojnie funkcjonariusze NKWD i UB nie mieli z tym jednak kłopotu). Także z tego powodu tereny nie były atrakcyjne dla niemieckich kolonistów. Wykorzystała to Armia Krajowa. W okolicach Stanisławki działały leśne oddziały dowodzone m.in. przez por. Piotra Złomańca ps. Podlaski. Leśni chronili miejscową ludność jak mogli, np. wystawiając wokół wsi specjalne czujki. Również dlatego Stanisławka stała się dogodnym schronieniem dla osób poszukiwanych przez Niemców lub uciekinierów z innych rejonów okupowanego kraju.
Najsłynniejszym z nich był Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski. Jak do tej wsi trafił? Jeszcze w październiku 1939 r. wyjechał z Seminarium Duchownego we Włocławku do Wrociszewa nad Pilicą. Prowadził tam m.in. tajne nauczanie. W końcu zaczęli się nim interesować Niemcy. Ksiądz musiał się ukrywać. Tak zaczęła się jego tułaczka.
Od listopada 1941 r. do czerwca 1942 r. przebywał w Kozłówce niedaleko Lublina. Potem wyjechał do Żułowa w powiecie krasnostawskim. Jak wówczas wyglądał? Zapamiętano, że „chodził ubrany po cywilnemu, nosił długą szarą marynarkę i wyróżniał się wysokim wzrostem”. Miał zwykle przy sobie brewiarz i często widywano go „zatopionego w modlitwie”.
Wiadomo, że ks. Wyszyński pracował w tym czasie nad „Studium prawa kanonicznego i nauk społecznych dla sióstr zakonnych”. Opiekował się też ociemniałą młodzieżą. Wiele przeszedł, wiele zobaczył. Tak wspominał wojenne czasy w swoich „Zapiskach więziennych”.
„Widzieliśmy tysiące poległych żołnierzy, przeżyliśmy śmierć olbrzymów, dyktatorów, autokratów, jednowładców. Rządy zmieniały się w oczach naszych jak liście na drzewach… Czyż może nam coś imponować? Przestaliśmy się bać luf karabinów i armat. Człowiek uzbrojony nie budzi w nas ani lęku, ani… szacunku — notował 1 sierpnia 1954 r. — Co więcej bardziej bohaterski wydaje się nam być człowiek bezbronny niż uzbrojony. Śmiesznie wygląda żołnierz z bronią, gdyż człowiek, którego zawodową cnotą ma być męstwo, powinien wystąpić do walki z gołymi rękoma, jak Dawid (…)”.
Jednak nie cały czas okupacji przyszły Prymas Tysiąclecia przebywał w Żułowie. Przez dwa tygodnie ukrywał się także u rodziny Szafranów w Podwysokiem oraz u rodziny Wojtasiuków w Marcinówce. Były to tzw. bezpieczne miejsca. Nie tylko tam się podczas wojny skrywał. W 1946 r. ks. Stefan Wyszyński został mianowany przez papieża Piusa XII ordynariuszem diecezji lubelskiej. Dwa lata później, w maju 1948 r. wizytował parafię w Horyszowie Polskim. W jej skład wchodziła także Stanisławka.
Biskup odwiedził tę miejscowość. Zapamiętano, że wjechał do wsi w towarzystwie specjalnej konnej banderii, złożonej z okolicznych mężczyzn. Przy pięknie udekorowanej bramie powitano go chlebem i solą. Wręczono mu też kwiaty. Podczas tej wizyty ks. biskup odwiedził rodzinę Apolonii i Józefa Nowosadów. Jak się wówczas okazało, przyszły kardynał Polski ukrywał się podczas okupacji także u tych ludzi. Wiadomo, że przybył tam z leśniczówki w pobliskiej miejscowości Rozdoły.
Ks. Wyszyński przebywał w gospodarstwie Nowosadów przez kilkanaście dni. Spał wówczas w jednej z drewnianych stodół, potem wraz z grupą partyzantów ruszył do Bończy w powiecie krasnostawskim. Spotkanie z mieszkańcami Stanisławki w 1948 r. było okazją do wspomnień. Podczas wizyty ks. bp Stefan Wyszyński poszedł z nimi pod miejscową kaplicę. Tam nadał miejscowości prawo do odpustu. Od tego czasu takie uroczystości odbywają się co roku 8 maja.
Nie była to jednak jedyna osoba, która skorzystała z gościnności mieszkańców Stanisławki. Ile osób ukrywało się w tej miejscowości podczas wojny? Nie wiadomo. Na pewno wśród nich byli mieszkańcy wysiedlonej miejscowości Iłowiec. Nie wiadomo jednak, ile rodzin. Nam udało się zidentyfikować piątkę uciekinierów, którzy przybyli do Stanisławki z Warszawy. Stało się to dzięki zdjęciom odnalezionym jakiś czas temu przez Antoniego Podolaka. Wykonali je podczas ostatniej wojny Teodozja i Wincenty Podolakowie (teraz fotografie znajdują się w zbiorach Adama Gąsianowskiego, właściciela Muzeum Fotografii w Zamościu.)
Na jednym ze zdjęć rozpoznałem mojego ojca, Franciszka Nowaka. Podczas wojny mieszkał w Stanisławce. Na innych fotografiach znalazłem także dwie moje ciocie, Jadwigę i Helenę z domu Nowak, oraz prababcię, Apolonię Sztafiej. To nie wszystko. W zbiorze znalazło się kilkanaście innych tajemniczych fotografii, a na nich nieznani mi ludzie. Znajome było tylko… tło tych zdjęć. Sfotografowane osoby stały bowiem na podwórku moich dziadków, Marianny i Jana w Stanisławce oraz w ich przydomowym sadzie i tytoniu (uprawiano go w sąsiedztwie gospodarskich budynków). Byli, jak na warunki wojenne, dobrze ubrani. Postanowiłem ich zidentyfikować. Nie było to takie trudne.
Zepsuty seans
— Jak to możliwe? Po raz pierwszy widzę te zdjęcia! — dziwił się Franciszek Nowak, mój ojciec, gdy zobaczył odnalezione fotografie. — Pamiętam dobrze tych ludzi. Kim byli? W domu moich rodziców w Stanisławce przez całą okupację ukrywało się pięć osób. To uciekinierzy z zajętej przez Niemców Warszawy. Oni byli znajomymi mojego kuzyna Wiktora Karwiny z Jarosławca i to dzięki kontaktom z nim trafili do naszego domu.
Franciszek Nowak twierdzi, że najpierw w Stanisławce zjawili się kobieta o nazwisku Paciorkowska i jej mąż (imion tych ludzi nie pamięta) oraz ich córki: Niusia i Lilka. Potem przybyła do tej miejscowości także inna Warszawianka. Była ona siostrą cioteczną pani Paciorkowskiej. Ta kobieta nazywała się Mięcikowska.
— Nie wiem, dlaczego musieli z Warszawy uciekać — zastanawia się Franciszek Nowak. — Podczas okupacji często jeździli jednak do stolicy. Z tego co wiem, wyprawiali się tam ze stacji kolejowej w Miączynie. W Warszawie handlowali tytoniem i bimbrem, który wozili ze Stanisławki. Do nas przywozili stamtąd ubrania i inne rzeczy. Oni pomagali nam, my im. Zaraz po wojnie ci ludzie wrócili do Warszawy. Mieli dom przy ul. Górczewskiej (w warszawskiej dzielnicy Wola — dop. autor). Czasami do nich jeździłem, oni też odwiedzali moich rodziców. Pani Paciorkowska zawsze była dla mnie życzliwa. To była dobra, ciepła osoba. Gdy miała 69 lat, owdowiała. Wtedy znowu odwiedziła Stanisławkę. I tam poznała pewnego pana ze Sławęcina. Wyszła za niego za mąż. W wieku 70 lat.
Stare zdjęcia znalezione w miejscowości Zrąb przywołały także wiele innych wspomnień. Niektóre były… nie z tej ziemi.
— Pani Paciorkowska wywoływała w naszym domu duchy. W jaki sposób? Na stole umieszczała tarczę przypominającą zegarową. Były na niej napisane słowa „tak” lub „nie”. Na niej stawiała porcelanowy talerzyk, który przywieziono z Warszawy, z narysowaną na nim strzałką — opowiada Franciszek Nowak. — O północy kilka osób zasiadało wokół stołu. Trzymali się za ręce, tworząc w ten sposób krąg. Wtedy temu talerzykowi, czy tam… czemuś innemu można było zadawać pytania. Jakie? Dowiadywano się np., czy wojna się szybko skończy, czy będzie urodzaj, czy ktoś, o kim nie było wiadomości, żyje. To był ciężki czas. Ludzie bali się o swoich bliskich. Ale potrzebowali też rozrywki!
Po zadaniu pytania talerzyk za sprawą jakiejś tajemniczej mocy obracał się wokół własnej osi. Potem stawał w miejscu. Znajdująca się na nim strzałka niezawodnie wskazywała jedną z wypisanych odpowiedzi. — Takie spotkania ponawiano co jakiś czas. Dobrze o tym wiedziałem. Byłem ciekawy, jak to dokładnie wyglądało. Miałem wówczas kilka lat. Pamiętam, że gdy pewnej wojennej nocy miał się odbyć jeden z seansów, postanowiłem to zobaczyć na własne oczy — wspomina Franciszek Nowak. — Mieliśmy w domu zegar, który głośno wybijał godziny. Gdy wystukał dwunastą, podniosłem się z łóżka i krzyknąłem z całej siły: to już! Wszyscy siedzieli przy stole. Nie wiem, czy się przestraszyli, czy rozbawili. Tak czy owak, zepsułem im chyba to tajemnicze spotkanie z duchami. Nie umiem powiedzieć, jak się to wszystko skończyło, bo… mama kazała mi spać.
Coś
Manifestacje istot nie z tej ziemi odbywały się we wszystkich krajach i epokach. Jednak te, które doprowadziły do narodzenia światowego spirytyzmu — czyli swoistej nauki o duchach — miały miejsce dopiero w połowie XIX w. W USA, w miejscowości Hydesville w stanie Nowy Jork żył niejaki Charles B. Rosna, gazeciarz. W 1843 r. został on napadnięty i zabity przez rabusiów, bo nie chciał im oddać 500 dolarów. W domu tego człowieka w 1847 r. zamieszkała rodzina Foxów, w tym nastolatki Margaretta i Cathie. Od początku nie czuły się tam dobrze. Dziewczyny były przerażone natarczywym, niewytłumaczalnym stukaniem w ściany i meble czy odgłosami kroków zbliżających się do ich sypialni. Ojciec dziewcząt, John Fox długo szukał przyczyn tych hałasów. Bez skutku. Hałasy zaczęły się powtarzać coraz częściej, nawet za dnia. Na początku nowi mieszkańcy domu byli przerażeni, ale potem wszystkiego przywykli.
Pewnego wieczoru nastolatki wpadły na pomysł, iż porozmawiają „z tym kimś”. Nazwały go Kuternogą. Jedna z nich chciała, aby zrobił to, co ona.
Wtedy na jej pstryknięcie palcami „coś” odpowiedziało stuknięciem w ścianę. Te dziwne zabawy powtarzały się. Włączyli się w nie dorośli domownicy. Pani Fox kazała Kuternodze policzyć do dziesięciu i ten tyle razy uderzał w ścianę! W końcu rodzina stworzyła rodzaj języka, w którym mogła się ze zjawiskiem porozumieć. Polegał on na wystukiwaniu kolejnych liter alfabetu. „Stukacz” w końcu oświadczył, że jest duchem, nazywa się Rosna i został zamurowany w piwnicy ich domu (ludzki szkielet odkryto tam dopiero w 1904 r.). Sprawa zrobiła się głośna.
Paranormalne zjawiska potwierdziło ponad 100 świadków. W domu zaczęto urządzać pierwsze seanse spirytystyczne. Foxowie organizowali je ze znajomymi. A gdy siostry wyjechały do innego miasta, duch podążył za nimi, dalej wystukując różne komunikaty. Uznano, że siostry są medium. Poruszały np. przedmiotami na odległość. Stały się sławne. Powstała przy nich pierwsza grupa spirytystyczna.
Początkowo jej członkowie traktowali seanse jako zabawę, jednak z czasem ich nietypowe zajęcie przerodziło się w rodzaj kultu religijnego, który miał podbudowę teoretyczną. Do rozpowszechnienia się spirytyzmu przyczyniły się dzieła Hipolita Leona Denizarda Rivalliego, który przyjął nazwisko Allan Kardec (1804–1869). Uznał on, że istnienie życia po śmierci można udowodnić „w sposób doświadczalny”. „Główną przyczyną wątpliwości co do istnienia duchów jest nieznajomość ich natury — tłumaczył Allan Kardec. — Przeważnie uważa się, że są to jakieś szczególne istoty, których potrzeba istnienia nie została dowiedziona. Wiele osób wie o Duchach tylko z fantastycznych opowieści zasłyszanych w dzieciństwie, i jest to trochę tak, jakby znały historię z książek przygodowych. Nie starając się dojść, czy opowieści te pozbawione swych śmiesznych dodatków opierają się na prawdziwych podstawach, ludzie ci skupiają się wyłącznie na ich absurdalnej stronie: nie usiłując obłupać skorupy, by dostać się do wnętrza orzecha, odrzucają wszystko — jak czynią to na przykład osoby z kręgów religijnych, które poruszone jakimiś nadużyciami potępiają bez wyjątku, co się tylko da”.
Wojna i miliony spirytystów
Za pomocą medium Kardec kontaktował się z duchami, a te odpowiadały na zadawane im pytania. To co się działo podczas seansów opisał m.in. w słynnej „Księdze duchów” oraz „Księdze mediów”. Dzieła te zyskały ogromną, światową popularność. Dzięki nim pod koniec XIX w. funkcjonowały już tysiące towarzystw spirytystycznych w wielu krajach świata. Powstały też setki książek, w których opisywano kontakty z duchami. Na podstawie zdobytej wiedzy pokuszono się o pewne ustalenia.
„Tak więc Duchami nazywa się (…) zamieszkujące przestrzeń dusze — pisał ze znawstwem Kardec. — Duchy nie są więc niczym innym, jak duszami ludzi, którzy porzucili swą cielesną powłokę”. Spirytyści uznawali nauki Jezusa, wierzyli w Boga jako Najwyższą Inteligencję oraz m.in. w duchy, które — według nich — przechodzą proces samodoskonalenia podczas kolejnych wcieleń. Opisywali to. Te prace Kościół katolicki jednak potępiał. Dzieła Kardeca były na indeksie zakazanych ksiąg.
Gdy wybuchła I wojna światowa okazało się, że misterny system stworzony przez spirytystów, który zakładał m.in., że człowiek dąży do doskonałości, powinien być pacyfistą oraz „internacjonalistą”, nie wytrzymał zderzenia z rzeczywistością. Przerażeni ludzie powrócili do swoich kościołów. Mężczyznom w okopach opowieści o duchach wywietrzały chyba z głów.
Tak było także później. Po wojnie w krajach faszystowskich oraz m.in. w ZSRR spirytyzm był prześladowany i tępiony. Wirujące stoliki i media wyśmiewano. Wśród spirytystów było zresztą wielu oszustów. Ruch nadal działał jednak w Brazylii (teraz są tam podobno 4 000 000 spirytystów) oraz m.in. w USA. U nas także przetrwał. Rodzimi wyznawcy tej nauki (religii?) są teraz zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Studiów Spirytystycznych. Od 2010 r. wydają swój kwartalnik pt. „Spirytyzm”. Duchy zresztą objawiają się nadal. Doświadczeni spirytyści przestrzegają jednak przed kontaktami z nimi oraz ich wywoływaniem. Kategorycznie zabraniają tego Kościół katolicki oraz m.in. prawosławny.
„Utrzymywanie kontaktów ze sferą pozaziemską jest pozornie czynnością atrakcyjną, która fascynuje zwłaszcza osoby szukające sensacji, mocnych wrażeń i całkowicie nieświadome powagi tego zjawiska — ostrzega znawca tematu Przemysław Grzybowski, autor książki pt. „Opowieści spirytystyczne” i innych. — Nie wiedzą oni jednak, że wkraczając w sferę pozamaterialną ocierają się o ogromne niebezpieczeństwo”.
Babunie wróżyły na dwoje
Okazuje się jednak, że opowieści o wirujących spodkach i stolikach nie brakowało. Wiele osób traktowało je poważnie. Takie manifestacje duchowych mocy potwierdzały zresztą uznane autorytety. W jednym z szeroko omawianych seansów spirytystycznych uczestniczyli np. krakowscy profesorowie o nazwiskach: Czyrniański (chemik), Fierich (fizyk) i Kuczyński (jurysta). Protokół z tego śmiałego doświadczenia zamieszczono w krakowskim czasopiśmie „Czas”.
„Zasiedliśmy do stolika, przestrzegając najściślej dopełnienia wszystkich warunków — czytamy w protokole. — Uczuliśmy najpierw lekki wiatr, idący od palców do łokcia w ręce prawej, potem drżenie w rękach i rodzaj prądu wewnętrznego, który przypominał wstrząśnienia sprawiane przez słabe prądy magneto-elektryczne. Po 25 minutach południowo-zachodnia noga stołu posunęła się z trzaskiem o jeden i pół cala na wschód… Po 40 minutach stół skręcił się gwałtownie obok nogi północno-zachodniej (…). W pięć kwadransów od rozpoczęcia posiedzenia, stół zaczął dość nagle formalny obrót”.
Tego nie można było spokojnie wytrzymać. „Myśmy powstali, usunięto krzesła. Uczucie, które przejęło mnie wówczas, było nadzwyczaj przyjemne. Jakieś błogie ciepło od stołu przez ręce rozchodziło się po całym ciele — pisał po tym seansie prof. Kuczyński. — Wesołość nie do opisania. Rodzaj uniesienia”.
Takie emocje podobały się. Przed I wojną światową nie było podobno w Polsce salonu czy dworu, w którym seanse spirytystyczne nie byłyby urządzane.
„Dawno zmarłe babunie, które już za życia wróżyły na dwoje, jęły teraz czynić to samo i wróciły do rządów w rodzinach swoich — pisał z przekąsem w 1923 r. Stanisław Wasylewski. „Kojarzyły i rozwodziły małżeństwa, a nawet wystukiwały ku rozpaczy ojców, a uciesze narzeczonych wysokość posagu”.
Kluski i bosa stopa Guzika
Dysputy na temat nadprzyrodzonych zjawisk absorbowały wszystkie warstwy społeczne. Tak było także w okresie międzywojennym. W Warszawie jako naczelny spirytysta i jasnowidz zasłynął wówczas inżynier Stefan Ossowiecki. Podobną sławę zdobyli także niejaki Marian Grużewski, Jan Radwan Radziszewski oraz Jan Guzik. Niektórzy dopuszczali się oszustw.
Guzik przed seansami spirytystycznymi „lubił dobrze zjeść i napić się wódki”. Seanse z nim odbywały się najczęściej w zupełnych ciemnościach. Okazało się, że podczas części eksperymentów rzekoma „zimna dłoń zjawy” (jak ją wcześniej reklamowano), która dotykała rozpalonych z przejęcia policzków i spoconych czół uczestników seansu, była w rzeczywistości… bosą stopą Guzika. Gdy to odkryto, nie obyło się bez skandalu. Nie zmniejszył on jednak zapału dziarskich spirytystów. Zajmowano się bowiem innymi „rewelacjami”.
Najsłynniejszym międzywojennym medium okrzyknięto Teofila Modrzejewskiego (1880–1943), powszechnie znanego także jako Franek Kluski. Był warszawskim urzędnikiem bankowym, dziennikarzem, krytykiem teatralnym oraz poetą. Przekonywał także, że jest głęboko wierzącym katolikiem. Modrzejewski twierdził, że jego zdolności medialne są dziedziczne, ponieważ mogli się nimi pochwalić także jego ojciec i wuj.
Modrzejewski duchy zaczął widzieć, gdy miał pięć lat. Rozmawiał wówczas z nimi, bo uważał, że są to żyjący ludzie. Zresztą zmaterializowane w obecności tego medium postacie zawsze podobno zachowywały się uprzejmie i kulturalnie. Wyjątkiem był pewien osobnik zwany Pitekantropem lub Włochatą Małpą, który z ogromną energią i hałasem przesuwał fotele lub ciężkie biblioteczne regały. Te zjawy widywali także liczni świadkowie. Zauważono m.in. duchy dzieci, które unosiły się nad ziemią. W obecności Modrzejewskiego gasły lampy, bez przerwy biły zegary oraz słychać było kroki jakichś niewidzialnych osób. Jak wyliczono, świadkami takich, jak pisano „zdumiewających”, paranormalnych zjawisk, było w sumie ponad 400 osób.
„Właściwości medialne Kluskiego rozwijały się nie w laboratorium, lecz w ramach codziennego, znojnego życia i walki o byt — notował Norbert Okołowicz, pisarz, znajomy medium. „Obserwując z bliska (jego) życie, widziałem, że różni się ono bardzo od życia człowieka przeciętnego. Olbrzymia wrażliwość z jednej strony, a częste zmiany stanu — raz jakby oszołomienia, drugi raz znów jasnej trzeźwości — stwarzały nieustannie dziwny splot sytuacji, w których nie zawsze nawet jego najbliżsi mieli możność orientować się należycie”.
„Przykro na niego patrzeć: oczy wpółbłędne, twarz obrzękła — dodał Tadeusz Żeleński- Boy, znany przed ostatnią wojną literat. — (Kluski) kaszle, w chustce pełno krwi (nie jest to, wyjaśnia mi jeden z obecnych lekarzy, poważny krwotok, ale raczej wyniki chwilowego przekrwienia). Kto by go widział w tym stanie, temu z pewnością nie powstałaby w głowie myśl, aby ten człowiek zapraszał nas po to, by urządzać sobie naszym kosztem jakąś mistyfikację. Nie można ani chwili wątpić: jesteśmy w obliczu cudownej właściwości”.
Wzlot i upadek spirytyzmu
Te zjawiska próbowano zrozumieć, sklasyfikować. Przed ostatnią wojną istniało w Polsce kilka dużych organizacji zajmujących się taką tematyką oraz „ogólnie pojętą parapsychologią”. Były to założone w Warszawie w 1920 r. Polskie Towarzystwo Badań Psychicznych, Warszawskie Towarzystwo Psychiczno-Fizyczne, Polskie Stowarzyszenie Metapsychiczne oraz Towarzystwo Parapsychologiczne z siedzibą we Lwowie. W stolicy Polski funkcjonowały najprężniej (wcześniej działo się tak w Krakowie). Były tego efekty.
W marcu 1938 r. powstało w Warszawie Polskie Towarzystwo Parapsychologiczne. Przystąpiły do niego wszystkie tego typu organizacje działające w mieście. Pierwszym prezesem PTP został Alfons Gravier. Warszawscy spirytyści organizowali Międzynarodowe Kongresy Badań Psychicznych i spotkania z mediami. Na temat kontaktów z zaświatami pisano liczne artykuły oraz książki. Spirytyzm propagowano i objaśniano.
„Po drugiej wojnie światowej działalność spirytystów w Polsce znacznie osłabła, przestała się też ukazywać literatura przedmiotu — pisał w 1999 r. Przemysław Grzybowski. — Niektórzy działacze zginęli w czasie działań wojennych lub zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych — inni wyemigrowali, nie utrzymując ściślejszych kontaktów z krajem. Spowodowało to obecny katastrofalny wręcz stan wiedzy na temat spirytyzmu”.
Czy kobieta o nazwisku Paciorkowska mogła być członkiem jednego z warszawskich towarzystw parapsychologicznych? A może była tylko gorliwą sympatyczką idei spirytyzmu, która przed ostatnią wojną zaprzątała umysły tak wielu osób w naszym kraju? Trudno dzisiaj powiedzieć.
Cienie zmarłych
— W moim domu powtarzano wiele tajemniczych historii, które podczas wojny opowiadały Warszawianki. Utkwiła mi w pamięci ta o pewnej kobiecie, która zapraszała ludzi do jakiegoś zaciemnionego salonu. Tam miała wielkie psy i lustra. Przed nimi stawiano świece — wspomina Franciszek Nowak. — W tych lustrach ukazywały się cienie zmarłych. Widać było nawet ludzi, którzy ginęli podczas I wojny światowej. Coś takiego podobno ujrzała pani Mięcikowska. Takie pokazy duchów urządzano podobno przed wojną w Warszawie. Ale innych szczegółów tej opowieści nie znam.
Nie wiadomo też, czy ks. Stefan Wyszyński, przyszły kardynał Polski oraz warszawscy miłośnicy spirytyzmu mieli okazję się w Stanisławce spotkać. To wątpliwe, ale niewykluczone. Tak czy owak, zgodnie ze staropolskim przysłowiem „Gość w dom, Bóg w dom”, dobra aura oraz duchowość tej miejscowości (można to pojęcie przecież rozumieć na różne sposoby) na pewno dzięki ich pobytowi zyskały.
(O niesamowitych zdjęciach wykonanych przez Teodozję lub Wincentego Podolaków będziemy jeszcze na naszych łamach pisać).
Fot. ze zbiorów Adama Gąsianowskiego.
