Cysterny unosiły się jak piórka
- Napisane przez Bogdan Nowak
- Skomentuj jako pierwszy!
- Czytany 161 razy
Ulica Łukasińskiego w Zamościu podczas okupacji. Widać niemieckie samochody wojskowe Zdjęcie przekazał do APZ Tomasz Sak
Niemcy pod różnymi pretekstami chcieli doczepić parowozy do pociągów. W efekcie stacja kolejowa była prawie zablokowana. W końcu z włoskim buntem w Rawie Ruskiej brutalnie się rozprawiono. „Zgodzili się, że Italiańców nie wyślą na front wschodni, ale muszą się tylko rozładować z transportów kolejowych, bo dla armii niemieckiej potrzebne są wagony. Po wyładowaniu się Włochów z wagonów, silne jednostki Niemców zaraz ich rozbroiły wszystkich. Zgrupowali Włochów w barakach postawionych między stacją kolejową, miastem, a szpitalem, tam ten teren był porządnie drutami kolczastymi ogrodzony. Po prostu powstał jeszcze jeden nowy obóz zagłady – ale już dla swoich sprzymierzeńców”.
Żołnierze włoskiej 8 Armii na froncie wschodnim II wojny światowej (lato 1942). Fot. Wikipedia
Strzały zaczęły dudnić
Bronisław Sikora ps. „Klucz” urodził się 4 listopada 1923 r. W dzieciństwie mieszkał wraz z rodziną w domu przy ul. Niecałej w Zamościu. Szkołę powszechną ukończył w tym mieście w 1938 roku. Podczas okupacji pracował na stacji kolejowej w Zamościu. 1 lutego 1944 r. wstąpił do oddziału AK por. Edwarda Błaszczaka ps. „Grom” (od 13 maja 1944 r. dowodził nim Jan Kryk ps. „Topola”). „Klucz” uczestniczył w wielu potyczkach i leśnych akcjach. W bitwie pod Osuchami został ranny, ale udało mu się wyrwać z niemieckiego kotła. Po wojnie pracował jako ogrodnik w okolicach Wrocławia. W 1970 r. powrócił do Zamościa (potem mieszkał w Józefowie). Miał dwóch synów: Zdzisława i Grzegorza.
Bronisław Sikora zmarł 12 lutego 2010 r. Jego niezwykłe wspomnienia nawiązują także początków 1943 roku. Ich autor widział oddziały zbuntowanych Włochów, przeżył atak na transport kolejowy, a potem opisywał m.in. swoją wędrówkę po okupowanej części powiatu zamojskiego. Te znajdujące się w rękopisie bezcenne zapiski udostępnił nam Wojciech Bondyra (pracował w zamojskim pogotowiu ratunkowym z Grzegorzem Sikorą, synem „Klucza”, który pozwolił mu zapiskami skopiować). Jakiś czas temu skontaktowaliśmy się także z rodziną „Klucza”.
- Nie wiem, kiedy dziadek spisał te wspomnienia - mówiła w rozmowie z nami Katarzyna Borys, wnuczka Bronisława Sikory. - Jednak w 1986 r. nam je czytał. Byłam wtedy dzieckiem, ale dobrze to pamiętam. - Warto, żeby młodzi mieszkańcy Zamojszczyzny dowiedzieli się, jak wyglądała trudna, wojenna rzeczywistość - dodała także Halina Sikora, żona Grzegorza.
Autor wspomnień w części dotyczącej marca 1943 roku nawiązuje do osławionego Stalagu 325. Ten obóz jeniecki założono na około 20 hektarach na zamojskim osiedlu Karolówka. Funkcjonował od lipca do grudnia 1941 r. Jak czytamy w książce wydanej przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce oraz Radę Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa pt. „Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939-1945”, w listopadzie 1941 roku przebywało tam 8303 jeńców. Pomimo warunków zimowych mieszkali pod gołym niebem. W obozie panował głód, wybuchły też epidemie. W końcu doszło do buntu jeńców. Został on brutalnie stłumiony.
Niemcy dokonywali wówczas masowych rozstrzeliwań. Nielicznych, którzy przeżyli przeniesiono do obozu przy ul. Okrzei w Zamościu i umieszczono w barakach (od listopada 1942 roku funkcjonował tam obóz dla wysiedlanej ludności). Mieszkańcy Zamościa ze zgrozą przyglądali się niemieckiemu bestialstwu. Nic dziwnego, że sytuacja owych nieszczęsnych Włochów Bronisławowi Sikorze skojarzyła się z ponurym losem sowieckich jeńców. Tak podsumował to, co się z nimi stało.
„Po kilku dniach, gdy ponownie tam przyjechałem, to tak samo Niemcy okrutnie traktowali Włochów w tym obozie – jak w 1941 roku wziętych do niewoli jeńców sowieckich. Bezlitośnie ich tam głodząc, za byle co, jak zbliżanie się do ogrodzenia, bez ostrzeżenia do nich strzelali” – notował Bronisław Sikora. „Razem z głodem i skrajną nędzą, warunkami higienicznymi, dołączyła do tego epidemia tyfusu masowo ich dziesiątkując. Na zawsze pozostali w piaszczystej ziemi Rawy Ruskiej”.
Autor wspomnień jako kolejarz miał szansę docierać do różnych miejsc okupowanej Zamojszczyzny. Omal nie przypłacił tego życiem. W kwietniu 1943 roku, w wielki piątek przed świętami wielkanocnymi jechał pociągiem z Rawy Ruskiej do Zawady.
Większości składał się on z cystern kolejowych, załadowanych benzyną. Nagle pociąg się zatrzymał, gdzieś na leśnym odcinku pomiędzy Nowinami, a Długim Kątem.
„Maszynista parowozu prowadzący ten pociąg jechał dość powolnie. Ja jadąc w budce hamulcowej (breku) nawet nie odczułem wstrząsu czy szarpnięcia, gdy parowóz wjechał na podłożoną minę pod szynę torową” – wspominał Bronisław Sikora. „Po prostu zdziwiło mnie dlaczego – i to w lesie – zatrzymał się pociąg. Pewno – pomyślałem, że to awaria parowozu. Miałem już zejść i pójść do przodu pociągu, ażeby dowiedzieć się przyczyny zatrzymania, ale naraz od strony południowej, równoległej do pociągu otwarto do pełnych cystern ogień karabinowy. W przedniej części pociągu ogień się wzmógł i strzały zaczęły padać bliżej mnie. Siadłem na podłodze w tym breku, czekając, co będzie. Strzały jednak się wzmogły, bo w przodzie pociągu, w wagonie krytem (pisownia oryginalna), jechała ochrona tego pociągu, starszych już wiekiem kilku żołnierzy Wehrmachtu, jakichś nawet przyjaźnie ustosunkowanych (do polskich kolejarzy)”.
Strzały zaczęły dudnić w cysternę obok budki w której znajdował się także Bronisław Sikora. Brzmiało to tak, jakby ktoś w nią uderzał młotkiem. Autor zapisków usłyszał też szmer paliwa, które wybitymi w cysternie dziurami wypływało na zewnątrz. Jednak z kul przeszyła także na wylot ową budkę, w której skrył się polski kolejarz.
„Gdybym stał, to mogłaby mnie dosięgnąć kula. Wkrótce strzały ucichły, ale do moich uszu doszedł taki huczący odgłos, mimo woli podniosłem się na równe nogi. Przez uchylone drzwi dojrzałem wielki, czarny dym i ogień palących się w środku pociągu cystern” – notował w swoich wspomnieniach Bronisław Sikora. „Wiedząc jaki jest ładunek, nie czekając wyskoczyłem na pobocze toru kolejowego. Biegiem w bok chciałem się jak najdalej oddalić, ale po odbiegnięciu jakichś 20-30 metrów, w moim kierunku padły strzały, posłyszałem bliski bzyk-świst przelatujących kul. Momentalnie padłem na ziemię i już więcej też strzałów nie było. Przeleżałem jakąś małą chwilkę i widzę, że ogień przeżera i ogarnia coraz bliżej końca pociągu”.
Wówczas Bronisław Sikora ujrzał niezwykłe widowisko. Wielki cysterny z początku pociągu zaczęły się jak piórka unosić do góry. Podrywały się z torów, a potem potężna siła wybuchu rzucała ja w bok. „Po prostu zrobiło się morze ognia, mimo że leżałem jeszcze w bezpiecznej odległości, ale na plecach zaczęło się robić coraz to goręcej” – czytamy we wspomnieniach. „Dlatego nie zważając czy znowu nie dostanę się pod ostrzał, powstałem i oddaliłem się jak najdalej od toru i pociągu. Ale już spokojnie było, bez żadnych strzałów. Widocznie robiący akcję na ten pociąg odeszli stąd. Siadłem w dalszej, bezpiecznej odległości zastanawiając się co dalej robić ze sobą. Ogień objął już cały pociąg”.
Bronisław Sikora postanowił wówczas iść wzdłuż toru. Udało mu się dotrzeć do Nowin. Stamtąd dotarł do Krasnobrodu. Tak opisywał swoją wędrówkę. „Torem samym nie mogłem iść, bo spieszący z odsieczą Armeńcy czy Turkiestany, którzy służyli u Niemców wezmą mnie za partyzanta i skoszą mnie nim zdarzę się gdzieś ukryć. A tak lasem, w pewnej odległości od torów, będzie bezpieczniej – najwyżej jak spotkam się z naszymi partyzantami to powołam się na por. „Wara” (to Włodzimierz Hascewicz ps. „War” – dowódca jednego z oddziałów Armii Krajowej działających na Zamojszczyźnie), „Zagłogę” (być może chodzi o „Zagłobę”) czy „Spadochrona”. Na pewno krzywdy mi nie zrobią – ci wymienieni na całym terenie dobrze wszystkim znajomi”.
Gdy Bronisław Sikora doszedł do miejscowości Nowiny, przypomniał sobie niezwykły sen, który był według niego czymś w rodzaju ostrzeżenia. Szeroko go opisał. Z naszej perspektywy to także jest niezwykle ciekawe. Możemy dzięki temu opisowi trochę głębiej wejść w psychikę tego zasłużonego człowieka, kolejarza, potem partyzanta. Bez wątpienia to senne marzenie odzwierciedlało także niepokoje Bronisława Sikory.
A jeżeli był to sen proroczy, to mógł on także – naszym zdaniem - odzwierciedlać sytuację w której autor znalazł się ponad rok później, podczas bitwy pod Osuchami. To dzięki szczęściu i… ukryciu się w bagnie uniknął śmierci z rąk hitlerowskich żołnierzy-oprawców.
Bronisław Sikora w mundurze kolejarskim, obok jego siostra: Janina. Zdjęcie wykonano w 1942 roku. Fot. ze zbiorów rodzinnych
Niemieccy sojusznicy
„Dobę wcześniej, gdy w domu rodzinnym w Zamościu położyłem się po obiedzie przespać, gdzie śniło mi się, że do stawu wskoczyłem wykąpać się – ale tam tylko na wierzchu było trochę wody, pod którą było głębokie bagno. Zacząłem w nim tonąć zapadając się coraz to głębiej. Nikogo w pobliżu nie było do udzielenia mi pomocy. Robię wysiłki, ażeby utrzymać się na powierzchni i przybliżyć się do brzegu, a to jak na złość w miejscu stoję i coraz głębiej się w tej mazi zanurzam. Robię nadludzkie wysiłki, już prawie że z głową się zanurzyłem, gdy naraz ręka moja natrafiła na korzeń wierzby, która rosła na brzegu. Chwytając się dwoma rękami tego korzenia, zacząłem się zbliżać pomału do brzegu. Już ostatkiem sił wyczołgałem się na bardzo bagienny brzeg, błotem umazany”.
Autorowi przyśniło się dalej, iż dotarł do studni. Zobaczył tam koryto z którego pojono bydło. Znalazł w nim czystą wodę, w której się umył. W swoich zapiskach zauważył, iż ów niezwykły sen przyśnił mu się dokładnie 24 godziny przed ostrzelaniem pociągu przez partyzantów. Wspominał go, gdy wędrował do Nowin wzdłuż torów oraz później, po latach, gdy powstawały jego unikatowe zapiski. Uznał bowiem, że jakaś „tajemna siła” ostrzegała go przed niebezpieczeństwem, że przeczucie go nie zawiodło.
„Pożar tego pociągu z Nowin był bardzo widoczny, wielkie kłęby dymu i jęzory ognia nic się nie zmniejszały, a odwrotnie, chwilami zwiększała się łuna” – czytamy w zapiskach Bronisława Sikory. W Nowinach zobaczył umundurowanych Niemców, sojuszniczych „Armeńców” oraz Ukraińców w niemieckiej służbie. Ci ostatni mieli na sobie zielone mundury z czarnymi pagonami. Na ich głowach można było także zobaczyć czarne furażerki. Bronisław Sikora odwiedził znajomych w Nowinach, gdzie został nakarmiony. Wypił też pół szklanki bimbru.
Warto wspomnieć o tym popularnym wówczas alkoholu. Podczas II wojny światowej jego produkcja trzymała się znakomicie, zwłaszcza w Generalnym Gubernatorstwie. Co ciekawe, to podobno dopiero wówczas powstała alternatywna nazwa dla samogonu – bimber. Dokładnie nie wiadomo skąd ona pochodzi. Według jednej z wersji, przyjęła się po zatruciu nielegalnym trunkiem niejakiego Antoniego Bimbra, mieszkańca ulicy Miedzianej w Warszawie.
Samogon traktowano jako „lek na koszmar okupacji”. Popyt na ten płyn był zatem ogromny. Dlatego powstały swoiste, duże centra produkujące nielegalny trunek np. w Legionowie, niedaleko Warszawy. Pracowało tam wiele osób. Bo społeczeństwo nie traktowało wówczas produkcji bimbru jako coś niewłaściwego. Na pewno nie uważano jej za przestępstwo. Bimber pędzono także w domach. - Mama miała taki wielki kufer, a w nim ukryty sprzęt do produkcji samogonu. Coś tam się stale gotowało, przelewało, bulgotało. I powstawał z tego alkohol. Podczas niemieckiej okupacji w naszym domu wytwarzano go sporo. Można było nim potem handlować, jakoś się utrzymać – opowiadał w rozmowie z nami 86-letni mieszkaniec Zamościa, wspominając swoje dzieciństwo we wsi Stanisławka (w gminie Sitno).
Samogon pokrzepił Bronisława Sikorę. Ruszył zatem dalej, w stronę Krasnobrodu. „Pożegnałem się z życzliwymi mi ludźmi. Niezwłocznie wyruszyłem w obrany kierunek. Od toru jakieś pół kilometra ciągnęły się wzniesienia wśród pół uprawnych. Za tymi wzniesieniami, przecinając pasma pól w poprzek – pod prawie sam wieczór dotarłem do stacji kolejowej w Krasnobrodzie. Tam się dowiedziałem, że mój kierownik pociągu Wąsik Jan jest ranny w obie ręce, ale kości prawdopodobnie ma całe. W nogę ranny był także palacz, pomocnik maszynisty. Już zostali przetransportowani do szpitala w Zamościu. Linia telefoniczna była czynna. Dyżurny ruchu w Krasnobrodzie, pan Wolski, nadał do stacji w Zamościu, że odnalazła się reszta obsługi tego pociągu – jestem cały i zdrowy. Późno w nocy dojechałem do Zamościa. Niemiecki zawiadowca stacji w Zamościu Vogiel kazał mnie przyprowadzić do siebie”.
Na to spotkanie przybył również tłumacz. Bronisław Sikora był wypytywany o wszystkie szczegóły katastrofy niemieckiego pociągu. Na koniec polecono magazynierowi, aby wydał autorowi wspomnień nowy płaszcz, mundur i czapkę kolejarską. Dostał też trzy dni urlopu.
„W ten sposób święta wielkanocne 1943 roku wolny od służby, mogłem całe spędzić w domu ze swoimi najbliższymi z rodziny. Na drugi dzień poszedłem do szpitala. Odwiedziłem tam naszych rannych. Wąsik J. miał w święta opuścić szpital. Miał zrobione odpowiednie zabiegi – obydwie ręce pod przegubu do łokci miał zabandażowane. Po świętach tylko przychodzić na opatrunki”.
Dalsza część wspomnień także jest niezwykle ciekawa. Na początku maja 1943 roku Bronisław Sikora był na przykład przypadkowym świadkiem egzekucji, która była przez Niemców przeprowadzona w Zamościu.
„W pierwszych dniach maja (1943 r.), z kilku kolegami ze Starej Drogi, tak nazywana była ulica Świętego Piątka poszliśmy na ruski cmentarz, ażeby swobodniej pomówić o interesujących nas sprawach. Leżymy na niezarośniętej polance, wśród gęstych krzaków we wschodniej części cmentarza, gdzie była w pobliżu osobna, okopana kwatera tatarska” - pisał Bronisław Sikora. „Naraz zauważyliśmy, że od ulicy Spadek, taką szerszą aleją, przez środek cmentarza, kilku starszych szarżą oficerów SS prowadzi czterech rumuńskich oficerów. W zielonych mundurach. Zatrzymali się jakieś 20 metrów przed nami, troszeczkę z boku tej alejki. Kazali esesowacy tym Rumunom kopać dół. Wokoło ich odstąpili, z bronią gotową do strzału”.
Niemcy urządzali sojusznikom... egzekucję. Bronisław Sikora oraz towarzyszący mu mężczyźni byli jej mimowolnymi świadkami.
„Gdy Rumuni już po piersi mieli wykopany dół, jeden z Niemców odebrał od nich łopaty (…). Rumun zdążył krzyknąć „Viva Rumunia” ale serie z broni maszynowej zagłuszyły wszystko – jeszcze pojedynczymi strzałami dobili widocznie ofiary, które dawały oznaki życia” - notował autor zapisków. „Sami Niemcy ich ziemią zasypali. Na tę mogiłę na wierzch narzucali darni i chwastów, tak jakby tym zechcieli zamaskować to miejsce jeszcze jednej zbrodni. Spokojnie odeszli do aut, które na nich na ulicy czekały – odjechali do miasta (…). Na pewno Rumuni wzięli przykład z Włochów”.
Wspomnienie tej egzekucji sprowokowało Bronisława Sikorę do opowieści na temat sojuszniczych wojsk Niemców.
„Niedawno w gazetach w języku polskim wychodzących (…) i przez ustawione wokół ratusza w Zamościu głośniki - szczekaczki (Niemcy) gloryfikowali czyny i sukcesy sprzymierzeńców: Rumunów, Włochów, Bułgarów i Węgrów. Te narody wystawiły dość duże armie, które wysłane zostały na front wschodni przeciwko Sowietom” – pisał Bronisław Sikora. „W czasie jazdy w kierunku Lwowa, w rejonie stacji kolejowych Lubycza, Hrebenne stacjonowały często tam oddziały wojska węgierskiego (…). Węgrzy byli bardzo życzliwie ustosunkowani do nas, Polaków. Zapraszali nas, Lędzianów - po węgiersku tak się nas nazywa - do swoich kuchni polowych, częstując swoimi potrawami, bardzo zaprawionymi ostrą papryką. Trudno było więcej zjeść. Nasz polski przełyk nie był odporny na takie ostre potrawy. Ci się z nas śmiali widząc, jak z trudem idzie degustacja. Demonstrowali sami, że te potrawy nie są dla nich takie trudne do zjedzenia – całymi łyżkami jedząc je. Śmiali się z nas mówić dla nas niezrozumiałym językiem – przyjaźnie nas poklepując po plecach. Wszystkie prawie państwa południowej Europy opowiedziały się po stronie Niemiec – biorąc udział w ich podboju na wschodzie. Zresztą nie tylko te państwa, ale Litwini stworzyli oddzielne swoje jednostki, które notabene brały udział w niechlubnych wysiedleniach naszej ludności na Zamojszczyźnie”.
Bronisław Sikora pisał o nich z naganą. „Litwini bardzo byli nieprzejednani, jak nasi starsi wiekiem ludzie mówili, że są tak wrogo do Polski nastawieni za rzekomo odebrane im Wilno po I wojnie światowej” - pisał. „Były oddzielne jednostki uformowane z Ukraińców, powstała cała ich dywizja SS (…), która była w 1943 roku użyta przeciwko naszym partyzantom w Puszczy Solskiej i na Zamojszczyźnie. Przeważnie składała się z samych rzezimieszków – bandytów. Dorównywali w swoich okrucieństwach i Niemcom. Były też sformowane oddzielne jednostki przez Niemców z jeńców sowieckich: Armeńców, Turkiestanów. Ubrani byli w mundury Wehrmachtu, tylko mieli za uzbrojenie broń sowiecką. Ich przeważnie używali (Niemcy) do ochrony linii kolejowych i na nich mostów. Były też jednostki czysto z rosyjskich jeńców złożone, tak zwana armia Własowa. Ten Własow był generałem z czynnej Armii Czerwonej”.
Niemcy mieli też innych sprzymierzeńców. Chodzi o okrytych na Zamojszczyźnie ponurą sławą Kałmuków. To naród mongolski z grupy ojrackiej. Skąd ich kawaleria wzięła się podczas II wojny światowej na Zamojszczyźnie? Historia powstania tej formacji wiąże się z wojną niemiecko-sowiecką. Latem 1942 r. będący jeszcze w znakomitej formie Niemcy zajęli Kałmucką Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką. Był to południowo-wschodni skrawek Europy nad Morzem Kaspijskim. Do zwycięzców spod znaku swastyki przystąpili przeciwnicy komunistycznej władzy. W tej sytuacji Niemcy powołali kolaboracyjną administrację, uruchomili kałmuckie szkoły oraz m.in. rozpoczęli werbunek do wojska.
Przy 16 Zmotoryzowanej Dywizji Piechoty sformowano dwa kałmuckie szwadrony kawalerii, które miały m.in. ochraniać niemieckie linie transportowe. Tworzyły one formację Kalmüken Verband Dr Doll (założycielem był współpracownik Abwehry Otto Wierba ps. Otto Doll). Gdy wojska niemieckie musiały się z Kałmucji wycofać, wraz z nimi kraj opuściła kolaboracyjna kawaleria. Korpus szybko zyskał ponurą sławę: najpierw podczas antypartyzanckich akcji na terenie ZSRR, potem w okupowanej Polsce.
„W tym całym po prostu bigosie brakowało polskich jednostek wojskowych, które by walczyły po stronie Niemców” – zauważył z satysfakcją Bronisław Sikora. Istnieli jednak Polacy, którzy współpracowali z wrogiem. Jednak jak zauważył Bronisław Sikora były to „pojedyncze przypadki”.
Byli przed wojną Polakami
„To margines społeczny. Plewy, które w każdym narodzie występują. W Zamościu było kilkanaście rodzin, które podpisały listy narodowościowe, pochodzenia niemieckiego (chodzi o volksdeutschów). Często z Niemcami mieli tyle wspólnego, że jedynie nazwisko były brzmienia niemieckiego” - pisał Bronisław Sikora. „Zatrzymam się troszeczkę nad pewną rodziną. To byli tacy bardzo dalecy naszej rodziny krewni. Zamieszkiwali przed wojną na (zamojskim) Starym Mieście. Po niemiecku nie znali ani jednego słowa. Byli przed wojną Polakami. Najstarszy ich syn Stach służył w polskim wojsku i brał czynny udział w kampanii wrześniowej w 1939 r.”.
Ta rodzina porzuciła swoje polskie korzenie z dość prozaicznego powodu. „Ojciec ich zmarł parę lat przed wojną. Ich matka dowiedziała się, że takim, którzy przejdą na volksdeutschów, Niemcy dają specjalne kartki żywnościowe, gdzie na nie można otrzymać masło i inne artykuły, które nam Polakom nie przysługiwały” - pisał Bronisław Sikora. „Poza tym po wymordowanych Żydach, w specjalnie założonych sklepach dla Niemców za darmo wydawano odzież i bieliznę, która całymi wagonami była przywożona z obozu zagłady w Bełżcu. I tak całą rodziną przeszli na Volksdojczy (pisownia oryginalna – przyp. red.). Najstarszy syn Stach pracował na Karolówce w przedsiębiorstwie jako mechanik, młodszego syna Janka zatrudnili Niemcy w urzędzie pracy, który się mieścił w budynku po Ośrodku Zdrowia przy ul. Lwowskiej. Ciekawe, że przed wojną byli oni obojętni dla naszej rodziny i mało znani, ale gdy wyrzekli się polskości, zaczęli się naszą rodziną bardzo interesować. Naszą świętej pamięci mamę przekonywali, żeby wzięła z nich przykład. Opowiadali, że im teraz bardzo dobrze. Przekonywali, że powinna podpisać (listę narodowościową). Oni naturalnie pomogą formalności załatwić”.
To nie przyniosło skutku. Kontaktów z tymi ludźmi nie można było jednak zerwać. W wojennej rzeczywistości mogło się to okazać niebezpieczne.
„Mama nasza zawsze tak mówiła: dzieci, my wyrośliśmy w wierze katolickiej jako Polacy – tak do końca wytrwajmy w tym. Bóg czuwa nad nami i nie pozwoli, aby tacy barbarzyńcy opanowali świat i nas wszystkich Polaków wymordowali (...)” – wspominał Bronisław Sikora. „Ciotka widziała, że nie da rady przekonać nas. Dała spokój temu. Po jakimś czasie przyszła wraz z synem Jankiem i nieznaną panną, prosić nas na zaręczyny syna z tą pannicą, koniecznie nas zapraszając do swego domu”.
Zaręczyny miały się odbyć w domu przy ulic Lwowskiej, na zamojskim Nowym Mieście (w okolicach dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2 w Zamościu). Rodzina Sikorów niechętnie wybrała się na tę uroczystość. To wydarzenie także opisał w swoich zapiskach pan Bronisław. Dzięki tej bezcennej relacji dowiadujemy się m.in. jakie panowały nastroje wśród ludzi, którzy zdecydowali się na podpisanie volkslisty.
„Jak na wojenne czasy uczta przygotowana była bardzo obficie i wykwintnie. Jadła i wódki w bród. Gdy trochę się goście pogościli i mocniejszym (trunkiem) uraczyli, zrobiło się trochę wesoło” – wspominał Bronisław Sikora. „Wtedy poprosił o głos Janek co pracował w Arbeitsamtcie (Arbeitsamt w czasie II wojny światowej był niemieckim urzędem pracy tworzonym przez okupacyjne władze na terenach Polski w celu ewidencji ludności i organizacji robót przymusowych), gdzie takimi się słowami zwrócił do nas obecnych: „Jak będą jego kiedyś wieszali to niech się wszyscy my cieszymy z tego, ale gdy nas – i to w krótkim już czasie będą wieszać, to on będzie płakał”. Tak cynicznie już go Niemcy przenicowali – wierzył im całkowicie, że taki, a nie inny los czeka Polaków”.
Autora wspomnień to zdziwiło, zniesmaczyło. Podawał też w swoich zapiskach przykłady zamojskich rodzin i pojedynczych osób, które m.in. miały niemiecko brzmiące nazwiska. Wymienił wśród nich profesora Stefana Milera, zasłużonego pedagoga oraz założyciela miejscowego ogrodu zoologicznego. Takie osoby były przez Niemców wręcz „nachodzone”, nagabywane. Sugerowano im podpisanie volkslisty. Byli jednak dzielni i – jak zauważył – wytrwali w polskości do końca. Jednak nie brakowało również obywateli, którzy stali się gorliwymi pomocnikami okupantów. I budzili taką postawą powszechne obrzydzenie wśród polskiej ludności Zamościa i Zamojszczyzny.
Najgroźniejszych niemieckich współpracowników i konfidentów spotkał ponury los. O tym także pisali nasi szacowani kronikarze w zapiskach dotyczących tego czasu, „oddając w ten sposób atmosferę”, jaka panowała w naszym regionie: na kilka tygodni przed wprowadzeniem brutalnej Akcji Werwolf.
„W dniu 25 maja 1943 r. wieczorem, w końcu, po kilku podejściach, udało się wykonać wyrok na konfidentce i współpracownicy gestapo Irenie Kuncewiczowej. Wyżej wymieniona, przed wojną znana była jako posiadaczka samochodu sportowego, sama brała udział w wyścigach samochodowych w Polsce i za granicą” – pisał Bronisław Sikora. „Na Zamojszczyźnie, na trasie od Lipska Polesia do Zamościa, na wąskiej, pełnej zakrętów, zabudowanej gęsto, nie przystosowanej do szybkiej jazdy, była postrachem zamieszkałej tam ludności. Jadąc zawsze szybko, na pełnym gazie. Miała liczne kolizje drogowe, a nawet śmiertelne – zabiła dwie osoby, w tym jedno dziecko. Zawsze po jej przejeździe na drodze było pełno krwi i pierza: po psach, kotach, kurach czy gęsiach. Nie uznawała bezpiecznej jazdy”.
Gdy Niemcy wkroczyli do Polski, kobieta zdecydowała się na współpracę z gestapo. Armia Krajowa wydała na nią wyrok śmierci.
„Niejeden nasz człowiek, zadenuncjowany przez nią, zginął na Rotundzie czy w obozie zagłady. Nasz podziemny kontrwywiad AK w końcu ją rozszyfrował, gdzie był wydany na nią wyrok śmierci” - pisał Bronisław Sikora. „Trudno było do niej dojść, pilnowała się bardzo. Zawsze była w towarzystwie Niemców. Mieszkała w jednopiętrowej kamieniczce, na pierwszym piętrze, na wprost koszar przy ul. Lubelskiej, za Niemców nazwanej Hitler strasse”.
Zapadła decyzja, aby w biały dzień w jej mieszkaniu wykonać wyrok śmierci. Zadanie miało wykonać dwóch mężczyzn: doświadczonych żołnierzy AK z bronią krótką.
„Podstępem weszli do jej mieszkania - czytamy dalej we wspomnieniach Bronisława Sikory. „Po odczytaniu jej wyroku Polski Walczącej oddano strzały, które nie okazały się jednak śmiertelne. Ranna wybiegła na balkon, robiąc krzyk. Swoją zakrwawioną ręką obmazała ścianę domu przy balkonie. Ale z zimną krwią podskoczył jeden z naszych i nożem zadźgał ją na balkonie, bo strzelać było niebezpiecznie. Przez ulicę (były) koszary i zawsze tam pełno stacjonującego Wehrmachtu. Szybko się wycofano z tego mieszkania”.
O tym wyroku pisał również w swoich wspomnieniach Adam Mastaliński, zamojski kronikarz. „Kiedy niemczury (pisownia oryginalna) szukali „ochotników” na roboty do Niemiec, w innej dzielnicy miasta, na Lubelskim Przedmieściu, stał się wypadek, może i brzemienny w skutki dla nas, Polaków” – czytamy w jego zapiskach pod datę 26 maja 1943 roku. „Została zastrzelona znana szeroko Irena Kuncewiczowa. W godz. 9-10 rano do mieszkania jej weszło kilka osób, ubranych w mundury gestapowców. Po chwili „robota” była zrobiona. Kto ją zabił, nie wiem. Może tajna organizacja, może i samo gestapo. Kiedyś będzie to wiadomym. Na wieść o śmierci tej pani każdy uczciwy Polak odetchnął z ulgą. Została zgładzona kobieta pusta, lekkomyślna, zbzikowana, która z tego wszystkiego zaprzedała się Niemcom. Była na usługach gestapo, chwaliła Niemców, łasiła się do nich”.
Autor tych wspomnieć nie szczędził w swoich zapiskach obelg wobec owej zamordowanej kobiety. Przypomniał także, że w jej mieszkaniu można było oglądać obraz z wizerunkiem Adolfa Hitlera. Obawiał się jednak, że okupanci zechcą się za jej śmierć mścić na niewinnych mieszkańcach Zamościa. 31 maja 1943 roku jednak zanotował.
„Po zabójstwie Kuncewiczowej nic się takiego osobliwego nie stało. Nie słyszałem nic o aresztach i żadnej reakcji ze strony gestapo. Kuncewiczową pochowano, a na grobie nawet złożono liczne wieńce. Nie interesowałem się od kogo te wieńce pochodzą. A warto by się dowiedzieć, wystarczy tylko pójść na cmentarz”.
O Irenie Kuncewiczowej pisał także 23 maja 1943 roku Zygmunt Klukowski, lekarz, społecznik i kronikarz z Zamojszczyzny. Również wystawił jej jak najgorsze świadectwo.
„Nasłuchałem się różnych nowin miejscowych. Przed paroma dniami zlikwidowano w Zamościu niejakiego Pawła Kudyka, właściciela restauracji, wraz z żoną i córką, za nazbyt gorliwą i szkodliwą współpracę z Niemcami. Opowiadano mi o świeżo upieczonych Volks – i Stammdeutschach (rdzennych Niemcach). Należą do nich między innymi: prezes Sądu Okręgowego Stanisław Cybulski: przedwojenny wiceprezes sądu, komisarz ziemski przy starostwie inżynier Sekutowicz; magister farmacji Marian Suchański i również magister farmacji Leon Czernicki, pochodzący ze starej, bardzo znanej i zamożnej rodziny mieszczańskiej. Najwięcej mówiono o Irenie Kuncewiczowej, żonie adwokata Czesława Kuncewicza, który zresztą już się z nią rozszedł. Nie tylko sama jest Volksdeutschką, ale i kilkuletniego syna oddała do niemieckiej szkoły. Chłopak chodzi dumny w mundurku Hitlerjugend, z czerwoną opaską, ze swastyką na ramieniu” – czytamy w zapiskach Zygmunta Klukowskiego. „Na tle postawy tych stuprocentowych przecież Polaków zwraca powszechną uwagę zachowanie nauczyciela gimnazjum, a obecnie burmistrza, Ottona Wernera, który pomimo swojego niezaprzeczalnie niemieckiego pochodzenia, o czym świadczy chociażby jego imię i nazwisko, twardo i niezłomnie broni swojej polskości i jak dotychczas nie uległ żadnym ponętnym obietnicom, a nawet groźbom, chociaż niektórzy zarzucają mu, że jest zanadto lojalny wobec Niemców”.
26 maja 1943 roku Zygmunt Klukowski natomiast w swoim dzienniku zanotował. „Nadeszła z Zamościa (do Szczebrzeszyna) sensacyjna wiadomość, że ubiegłej nocy została tam „zlikwidowana” we własnym mieszkaniu Kuncewiczowa, o której pisałem przed paroma dniami” – czytamy w jego zapiskach z tego dnia. „Nikt z tego powodu się nie oburza, przeciwnie – ludzie nie mogą ukryć swego zadowolenia, że usunięto ze społeczeństwa polskiego szkodliwą i hańbiącą jednostkę”.
W drugiej połowie maja 1943 roku w Zamościu dokonano także napadu na niejaką Korolkową. Nie udało się jej zlikwidować, bo jak pisał Zygmunt Klukowski – uciekła przez okno. Na nią także wydano wyrok za „zachowanie i jawny kontakt z gestapowcami”, który gorszył opinię publiczną.
Nie tylko w Zamościu podziemie niepodległościowe przeprowadzało tego typu akcje. Jeszcze na przełomie 1942 i 1943 roku ppor. Zenon Jachymek szef tomaszowskich Oddziałów Dywersji Bojowej AK podjął decyzję o likwidacji miejscowych konfidentów. Nie bez powodu. Byli oni także na usługach gestapo. Donosili Niemcom m.in. na osoby, które wspierały polskie podziemie, pomagali przy licznych aresztowaniach, egzekucjach, wysiedleniach itd. Ci ludzie mieli na rękach krew wielu osób. Dlatego w lutym 1943 r., w jedną noc, zabito aż 13 konfidentów gestapo.
Taki los spotkał także m.in. tomaszowskiego restauratora Borysa oraz niejakiego „Kaczora”. Potem przyszła kolej na Petra Jarmułę, znienawidzonego szpicla, pracownika cywilnego gestapo w Tomaszowie Lub.
Zamach na tego człowieka odbił się szerokim echem. Kim był ten człowiek? Wiadomo, że pochodził z Rawy Ruskiej. Zapamiętano go jako tępego, ale odważnego – niebieskookiego blondyna.
Uśmiech polskiego chłopca
Gdy w 1939 r. Niemcy wkroczyli do naszego kraju, Jarmuła wstąpił do gestapo (był tam pracownikiem cywilnym), bo – jak tłumaczył – odezwała się w nim germańska krew. Nie było w powiecie aresztowania, w którym Jarmuła nie maczałby palców. Tropił też partyzantów. Ppor. Jachymek uznał, że ten szpicel jest zbyt niebezpieczny. Zapadła decyzja o jego likwidacji. Nie było to łatwe. Jarmuła mieszkał w domu przy ul. Zamojskiej 5 w Tomaszowie Lub. W swoje okna wstawił solidne okiennice oraz drucianą siatkę. Miał też podwójne drzwi. To mieszkanie było prawdziwą twierdzą. Partyzanci próbowali tam jednak wejść przy pomocy fortelu.
Pewnego dnia wybrali się do mieszkania Jarmuły w towarzystwie jego kochanki (kobieta została do tego podobno przymuszona), którą w swoich wspomnieniach „Wiktor” dyskretnie nazywał „panią J”. Ukrainiec nie dał się nabrać. Nie wpuścił do mieszkania, ani wybranki swojego serca, ani zamachowców (tłumaczył, że zabronił mu tego niemiecki zwierzchnik). Partyzanci byli wściekli. Po wyjściu z kamienicy strzelili kochance Jarmuły w głowę. Pani „J” padła na ziemię, krwawiła, ale nie umarła (przeżyła wojnę).
Nie dano za wygraną. Kolejnego zamachu na Jarmułę mieli dokonać partyzanci: Ryszard Nowak „Elektron” oraz Stefan Sitko ps. Szczepan. Termin ataku wyznaczono na 4 kwietnia. Szpicel miał wówczas pojawić się w jednej z miejscowych restauracji. Gdy tam zamachowcy dotarli, Jarmuła, który znał „Szczepana” wyciągnął ku niemu rękę. Wtedy ów partyzant strzelił do niego z odległości zaledwie kilku metrów. Potem padły kolejne strzały.
Partyzanci uciekli, ale zamach się nie udał. Bo Jarmuła miał na sobie kamizelkę kuloodporną w którą trafiły trzy kule. Czwarta ugodziła go jednak w ramię. Szpicel trafił do tomaszowskiego szpitala. 9 kwietnia 1943 r. pojawili się tam kolejni partyzanci. Byli to Zygmunt Gorzkiewicz ps. Szarak oraz Adolf Lipowiec ps. Dąb. Tym razem celowano w głowę Jarmuły. Konfident zginął.
„Komendant Wiktor (Zenon Jachymek) będąc w Podhorcach przy rozdzielaniu cukru, przeprowadził ze mną krótką rozmowę (...)” – pisał w swoich wspomnieniach Eugeniusz Wiśniewski ps. Burza. „Zaznaczył, że po zniszczeniu szpicla Jarmuły wywiad niemiecki przestraszył się i przez pewien czas nie mógł zebrać się do kupy. Nasz wywiad z Tomaszowa zaalarmował nas, że kierownictwo wywiadu niemieckiego na miasto Tomaszów objął (były) podoficer WP (Wojska Polskiego) Ludwik Kossel”.
Ten szpicel także miał złą sławę. Był właścicielem jednego ze sklepów w Tomaszowie Lub. Po podpisaniu volkslisty wstąpił do gestapo. On także wydał okupantom wielu Polaków. Wprawdzie partyzanci przeprowadzili wcześniej kilka zamachów na tego konfidenta, ale żaden się nie powiódł. Teraz ataku mieli dokonać: Eugeniusz Wiśniewski, Józef Pióro ps. Czapeczka oraz Józef Szajewski ps. Biały. Jak zapamiętano ów zamach? Partyzanci wyruszyli z Podhorców (gm. Tomaszów Lub) do Tomaszowa Lub. rankiem 14 maja 1943 r. Zabrali ze sobą pistolety i dwa granaty. W Tomaszowie Lub. skontaktowali się z miejscowymi członkami podziemia niepodległościowego, którzy już śledzili Kossela (w niektórych źródłach używane jest nazwisko Koszel).
„Sprawdziliśmy pistolety. Odczuwa się jakieś nerwowe podniecenie. Staramy się żartować jeden z drugiego. To wpływa uspokajająco. Podczas akcji powinniśmy być rozluźnieni i opanowani” – wspominał Eugeniusz Wiśniewski.
Gdy ustalono, że Kossel przebywa w swoim sklepie (mieścił się przy tomaszowskim rynku), zamachowcy dowodzeni przez „Burzę” postanowili go „odwiedzić”. Aby nie doszło do pomyłki, przed partyzantami miał iść jeden z miejscowych chłopców.
Wyznaczono mu tylko jedno zadanie. Chłopak miał się Kosselowi ukłonić i w ten sposób wskazać leśnym... cel (zamachowcy nie znali tego konfidenta). „Wychodzimy w trójkę. Przed nami na odległość wzroku nasz przewodnik. Patrzę na niego, to jeszcze prawie dzieciak. Idzie śmiało. Na głównej ulicy duży ruch. Jadą niemieckie ciężarówki, jedna za drugą. Po chodnikach chodzą żołnierze Wehrmachtu, gapiąc się na skromne wystawy sklepowe” – pisał w swoich wspomnieniach „Burza”
„Uważamy, aby nie stracić z oczu przewodnika. Jesteśmy na Rynku, zbliżamy się do miejsca akcji”.
Chłopiec przed sklepem Kossela zwolnił i ukłonił się siedzącemu tam mężczyźnie. „Odwrócił się jakby chciał sprawdzić czy wszystko widzieliśmy i zniknął w bocznej ulicy” – wspominał Eugeniusz Wiśniewski. „Rozglądamy się wokoło, czy nie ma mundurowych, ale nie jesteśmy w stanie wszystkiego ogarnąć wzrokiem”.
„Burza” był członkiem Związku Walki Zbrojnej, a potem AK, od 1940 r. (urodził się 10 stycznia 1917 r. w Krzywymstoku) oraz m.in. jednym z organizatorów konspiracji w gminie Komarów Osada. Po powstaniu Oddziałów Dywersji Bojowej został dowódcą pierwszego plutonu w pierwszej kompani tomaszowskich ODB (w konspiracji dosłużył się stopnia sierżanta). Był doświadczonym dowódcą, dlatego jego podwładni mieli do niego zaufanie. A w tej akcji trzeba było działać rozważnie.
Dlatego partyzanci najpierw spokojnie weszli do sklepu. Jeden z nich poprosił sprzedawcę o trzy lemoniady.
„Pijemy pomału i bacznie obserwujemy obu mężczyzn, tego w sklepie i tego przed sklepem. Sklepowy nie ma drobnych. Wychodzi na zewnątrz i mówi: Panie szefie, proszę mi zmienić 100 złotych. Dzięki temu wiemy już na pewno kogo mamy zlikwidować. Pomyłki być nie może” – pisał Eugeniusz Wiśniewski. „Polecam „Czapeczce” pozostanie w drzwiach sklepu i zatrzymywanie ludzi (chodzi zapewne o klientów i sprzedawcę) na czas akcji. Ja i „Biały” wychodzimy przed sklep z bronią w ręku. Kossel nie zdążył odwrócić się w naszym kierunku”.
Teraz wszystko potoczyło się błyskawicznie. „Biały” przyłożył Kosselowi pistolet do skroni i dwukrotnie wystrzelił. Szpicel-sklepikarz, który siedział na taborecie, osunął się na bruk. Wtedy także „Czapeczka” włączył się do akcji (zdaniem „Burzy” niepotrzebnie) i strzelił do konfidenta jeszcze raz. Partyzanci przeszukali zabitego i zabrali z jego portfela kenkartę (dokument tożsamości wydawany przez okupacyjne władze).
Zamach odbył się w biały dzień, w centrum Tomaszowa Lub. Dookoła było wielu ludzi, którzy po usłyszeniu strzelaniny wpadli w panikę. Zaczęli w popłochu uciekać, we wszystkich kierunkach. W tłum wmieszali się także zamachowcy. Potem udało im się dotrzeć na rogatki miasta.
Polscy partyzanci byli także bardzo aktywni na innych polach. Niemcy i ich pomagierzy z różnych krajów nie mogli zatem spać spokojnie. Świadczy o tym między innymi relacja spisana przez Zygmunta Klukowskiego 28 maja 1943 roku. Pracował on wówczas w szczebrzeszyńskim szpitalu, gdzie pełnił funkcję dyrektora.
„O siódmej rano przywieźli mi do szpitala pięciu rannych Armeńczyków. Wkrótce zjechała niemiecka żandarmeria polowa. Jeden Armeńczyk ciężko ranny w brzuch był u nas operowany i pozostał w szpitalu, resztę zabrano do Zamościa. W południe przywieźli mi do kostnicy dwóch zabitych Niemców i czterech Armeńczyków” – notował tego dnia Zygmunt Klukowski. „Z rozmów z żołnierzami dowiedziałem się, że w nocy był duży napad na gminę w Sułowie, gdzie dzisiaj miał odbyć się przegląd koni. Urząd gminy zarzucono granatami i ostrzelano z karabinów maszynowych. A w tym czasie znajdowało się tam dwóch Niemców i czternastu Armeńczyków. Murowanego budynku gminy nie udało się jednak spalić. W czasie napadu ze strony partyzantów zginął „Wilk”. Drugi napad był na gminę w Radecznicy, trzeci w Nieliszu. Obie gminy spalono. Pojechało już tam dużo żandarmów. Armeńczycy twierdzą, że te wsie będą spalone. Niemcy też mówią o zemście. W napadach brała podobno udział jakaś większa grupa, konno i na furmankach. Jeden z żandarmów polowych, patrząc w kostnicy na zabitego Armeńczyka, powiedział kiwając głową: I mnie to czeka”.
Niemieckie flagi w Zamościu
Felisk Dżygało ps. Bruchalski był żołnierzem września 1939 roku, dowódcą plutonu konnego zwiadu, a potem m.in. dowódcą grupy operacyjnej I Batalionu legendarnego, hrubieszowskiego oddziału BCh: pod komendą Stanisława Basaja ps. „Ryś”. Jego niepublikowane dotąd zapiski udostępniła nam Zofia Sawecka-Gólczewska, wieloletnia zamojska dziennikarka. Autor opisał w nich szczegółowo swój życiorys oraz w maszynopisie zamieścił relacje z różnych etapów swojej działalności i walki, w tym z bitwę pod Osuchami. Nawiązał także do początków konspiracyjnej działalności. Został do niej – jak sam pisał – „wciągnięty” i zaprzysiężony przez Stanisława Basaja „Rysia”, który na w tym czasie mieszkał w Kolonii Małków.
Zaprzysiężenie Feliksa Dżygało odbyło się 1 stycznia 1943 roku. „Od tej pory miałem być gotowy do każdej akcji, które w tym okresie odbywały się przeważnie nocą” – czytamy we wspomnieniach Feliksa Dżygały (jeśli wszystko się powiedzie, zostaną za jakiś czas wydane w całości). „W 1943 roku nie było oddziału partyzanckiego sensu stricte „Rysia”. Był to oddział specjalny. Działał skrycie, nocą, w małej grupie 10-60 osób. Po akcji partyzanci rozchodzili się do domów chowając w schowkach broń”. Broń maszynową 1 RKM systemu „Browning” i 1 CKM wzór 30, oba polskiej produkcji, przechowywał nam „Ryś” w specjalnych skrytkach, częściowo w zabudowaniach, częściowo na polach, w schowkach dobrze zamaskowanych”.
Jak czytamy we wspomnieniach „Bruchalskiego” cała broń oddziału była magazynowana w Kolonii Małków (gmina Mircze). Zwożono ją tam także z powiatu zamojskiego, biłgorajskiego i tomaszowskiego. To jednak musiało się w tym czasie zmienić. Dlaczego? W styczniu lutym i marcu Bataliony Chłopskie przeprowadzały coraz więcej różnego typu akcji. Oddział także się rozrastał. Dlatego broń była „w ciągłym używaniu partyzantów, w dzień i w nocy”.
„W specjalnych schowkach na stałe ukryty był polski karabin przeciwpancerny, do którego nie było od początku ani jednej sztuki naboju i CKM po różnych bitwach (…). Pozostali żołnierze „Rysia” uzbrojeni byli w karabiny i pistolety oraz granaty różnych systemów, przeważała jednak broń polska po wrześniowej armii 1939 roku” – notował Feliks Dżygało.
Rozumiemy zatem, że także hrubieszowscy „leśni” BCH przygotowywały się do walki zakrojonej na szerszą skalę, nie tylko do aktów sabotażu czy likwidacji groźnych, gestapowskich konfidentów. Wiadomo także jak wyglądała ścieżka partyzanckiego awansu.
„W oddziale specjalnym „Rysia” służbę zacząłem od prostego żołnierza” – podkreślał Feliks Dżygało w zapiskach. „Ryś” wykorzystując fakt , że byłem wojskowym – służbę czynną pełniłem w tym samym pułku, w którym służył „Ryś” tj. 23 Pułku Piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim – od początku powierzał mi różne zadania wymagające wyszkolenia wojskowego, rozwagi, zdecydowania i ryzyka”. „Ryś” od początku planował mnie na przyszłego dowódcę i śledził moje zachowanie na kwaterach, naradach i w walkach”.
Ogólną sytuację z tego wojennego czasu nakreślił Michał Bojarczuk w niepublikowanych dotąd w całości wspomnieniach pt. „Zamość w czasie okupacji”. Zauważył, iż szala zwycięstwa wyraźnie przechylała się wówczas w stronę obozu antyhitlerowskiego. W Zamościu i regionie obserwowano „duże ożywienie partyzantki”. Niestety niemiecki terror także coraz bardziej przybierał na sile.
„Na Rotundzie w dalszym ciągu odbywały się systematyczne i masowe rozstrzeliwania” – pisał Michał Bojarczuk. „W styczniu (1943 roku) przelatujące samoloty radzieckie zrzuciły na Zamość dwie bomby i ulotki w języku ukraińskim. W marcu w murach naszego miasta bawił Himmler. Po jego wyjeździe nastąpił jeszcze większy terror. W kwietniu zamknięto Muzeum, klucze zabrano do Starostwa. W maju zwartym kordonem otoczono Nowe Miasto, ludzi spędzono na rynek. Po wylegitymowaniu wszystkich: część zatrzymano i wywieziono. Kilka kobiet z dziećmi ukryło się w młynie przy ul. Hrubieszowskiej”. Nie ustawały też niemieckie aresztowania i łapanki. Jednak z satysfakcją odnotowywano, że Niemcom na wszystkich frontach „powodziło się” coraz gorzej. „19 stycznia stracili Wielkie Łuki, front zbliżał się do naszego miasta (Zamościa), ludzie głęboko wierzyli, że to już niedługo. U Niemców obserwowaliśmy jak najdalej idące okrucieństwo i samowolę. 25 lutego pijany SS-man Bińkowski zastrzelił na ulicy Władysława Romana Trzeciaka, nauczyciela wysiedlonego z Poznańskiego. Wypadek ten wywarł przygnębiające wrażenie na mieszkańcach Zamościa. Ludzie siedzieli w domach, na mieście pokazywali się tylko z konieczności”.
W połowie kwietnia 1943 roku mieszkańców Zamościa zmroziły wieści o planowanym przez Niemców wysiedleniu tego miasta. Jak pisał Michał Bojarczuk bardzo zmieniło ono w tym czasie swoje piękne oblicze. Na urzędach można było zobaczyć bardzo dużo niemieckich flag. Mnożyły się też niemieckie sklepy z niemieckimi napisami. Wśród przechodniów można było także zobaczyć wielu kolonistów, volksdeutschów. Zachowywali się butnie, spacerowali po Rynku Wielkim. I oczywiście rozmawiali tylko po niemiecku. Inne – z pozoru drobniejsze - sprawy także były szeroko komentowane. W tym czasie w mieście zdemontowano np. wszystkie, miedziane przewody. Zastąpiono je żelaznymi.
„W miesiącu maju 1943 roku w gazetach „Krakauer Zeitung” i w „Nowym Głosie Lubelskim” ukazały się obszerne dane z miejsca masowego morderstwa w Katyniu” – czytamy we wspomnieniach Bronisława Sikory.
(to fragment powstającej książki pt. „Werwolf’43. Trzecia fala wysiedleń Zamojszczyzny”, o której już na naszych łamach pisaliśmy)
Michał Bojarczuk w mundurze ucznia gimnazjum rosyjskiego W maju 1943 roku pojawiła się jednak potężna, czarna chmura, która na długo zawisła nad stroskanymi głowami mieszkańców Zamościa. Dotarły wówczas kolejne, okropne wieści. Ludziom po prostu trudno było w nie uwierzyć.
