Reklama

Wielka, zapomniana tułaczka

Karta pocztowa z 1916 r. Zniszczony w wyniku działań wojennych na Froncie Wschodnim Brześć nad Bugiem, foto: ze zbiorów Bogdana Nowaka Karta pocztowa z 1916 r. Zniszczony w wyniku działań wojennych na Froncie Wschodnim Brześć nad Bugiem, foto: ze zbiorów Bogdana Nowaka

W 1915 r. ze swoich domów musiało uciekać ponad dwa miliony osób. Byli to Białorusini, Ukraińcy, Polacy i Żydzi. Wśród nich znalazło się wielu mieszkańców naszego regionu. Niektórzy wędrowali tysiące kilometrów...

"Sznury wozów. Na wozach ludzie i cały ich dobytek... Wygnano ich z siedzib, a siedziby spalono. Nie dano pozostać, choćby przy zgliszczach" – pisał 11 sierpnia 1915 r. Józef Wasercug, znany żurnalista "pism codziennych i perjodycznych". "A kiedy chłop polski stanął na progu izby, rozpostarł ręce i z miejsca nie ruszał, pchano go bagnetem kozackim na poniewierkę, na zmarnowanie".

Wasercug rozmawiał z niektórymi wygnańcami. Tak o tym pisał: "Jedzie wóz z dziećmi. Dwoje trzyma ojciec na kolanach, trzecie umieścił w wiadrze, czwarte, starsze powozi: – A gdzie matka? (zapytał autor zapisków owego gospodarza). – Matka jechała z najmłodszym – przy piersi. W drodze się dziecku zmarło. Tośmy je pochowali przy drodze (odpowiedział chłop). – Matka stała długo na tem miejscu i nie dała się ruszyć. Potem zaczęła się śmiać. Kiedyśmy ją ciągnęli do wozu, wyrwała się i uciekła w las. A to było w nocy. Szukaliśmy długo. Gdzieś zginęła. A nam kazano jechać".

A dalej żurnalista notował: "Jechały tysiące ludu polskiego – we wszystkie strony, bez ładu i celu, nie wiedząc dokąd je gna los okrutny i do czego powrócą? A po drodze marły im dzieci (...). A oto i wozy osobliwe... Żydzi i chrześcijanie pospołu. Usadowili się razem i razem jadą, pomagając sobie wzajemnie w nieszczęściu. Niedolo ludzka, nie znasz wyznań!".

Taktyka spalonej ziemi
W 1915 r. wspierane przez Niemców wojska austro-węgierskie ruszyły do wielkiej kontrofensywy. Rosjanie musieli się wycofać z Królestwa Polskiego oraz zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego. Razem z wojskiem ewakuowała się rosyjska administracja i duchowieństwo. Zabierano też majątki: państwowy i m.in. cerkiewny (czyli to, co dało się wywieźć). Podjęto też decyzję o wysiedleniu ludności cywilnej. Dotyczyło to głównie chłopów.

Działania podjęto na mocy rozkazu wydanego na początku czerwca 1915 r. przez gen. Mikołaja Iwanowa, ówczesnego dowódcy rosyjskiego Frontu Południowo-Zachodniego (później obowiązywał on także w innych rejonach walk). Próbowano zastosować taktykę spalonej ziemi (stosowaną ją wcześniej podczas walk z wojskami napoleońskimi). Niszczono plony, wywożono żywność, rekwirowano zwierzęta domowe, palono zabudowania. Na skutki nie trzeba było długo czekać.

"Ukazały się pierwsze tabory wysiedlonej Lubelszczyzny. Otrzymałam urzędową prośbę o przyjęcie rodzin z Carstwa Polskiego. Odpisałam, że przyjmę siedem rodzin i pewnego dnia zjechały te rozbitki" – pisała latem 1915 r. Maria Rodziewiczówna. "W drobne koniki oprzęgnięte wozy z płócienną budą – i na tym wszystko, co uratowali z ruiny. To wszystko ograniczało się do paru zielonych skrzyń, tobołu z pierzyną, worków ze zbożem i mnóstwa dzieci. Czasami wlókł się wierny psiak i krowina. Tak wyglądali chłopy rodowe, od wieków osiadłe na żyznej, lubelskiej ziemi... Twarze mieli ośniedziałe nędzą i trudem kilkutygodniowej już wędrówki, ale twarde i spokojne".

Marii Rodziewiczównie udało się zgromadzić garść informacji o tych ludziach. "Gdy się pokrzepili ciepłym jadłem i roztasowali pod dachem – rozgadaliśmy się" – notowała. "Dostałam tylko pięć rodzin – w tym przemycili mi urzędnicy jedną prawosławną. Okazało się, że przeważnie wloką się właśnie prawosławni – katolicy wygnani – kędyś po drodze poprzystawali, zamajaczyli, zabłąkali się – i pozostali. Ci, co do mnie dotarli (chodzi o majątek ziemski we wsi Hruszowa na Polesiu – przyp. red.), już byli zdecydowani nie dać się pędzić dalej. Pochodzili wszyscy z dwóch wsi – mnie znanych (...). (Pobliska) wieś jest zapchana wygnańcami – ulokowano tam prawosławnych, wiódł ich pop, który u miejscowego osiadł".

Ich położenie jest rozpaczliwe
"Dzisiaj wieczorem, w drodze do domu, widziałam wielu uchodźców z rejonu radomskiego" – pisała 4 lipca 1915 r. w swoim dzienniku Anna Kahan z Siedlec. "Aleja prowadząca do synagogi, zapchana jest wozami, na których siedzą: kobiety, dzieci i starcy (...). Tłum zebrał się naokoło płaczącego mężczyzny. Jego żona zmarła w drodze, zostawiając go z dziewięciorgiem dzieci (...). Dopiero w chwili katastrofy uświadamiamy sobie jak ci ludzie są nam bliscy".

3 sierpnia 1915 niszczycielskie działania Rosjan zostały złagodzone. Stało się to na skutek rozkazu samego Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, naczelnego dowódcy rosyjskiej armii. Od tego czasu starano się raczej "propagować" akcję wysiedleńczą (czyli siano panikę, straszono represjami itd.). Setki tysięcy osób zdecydowały się na ucieczkę. To wszystko przyniosło tragiczne skutki... "Ich położenie jest rozpaczliwe (chodzi o uchodźców)" – zauważył Józef Wasercug. "Jest to jeden z najstraszniejszych obrazów niedoli ludzkiej w historji świata".

Tułaczka niektórych z owych wygnańców była bardzo daleka i... niezwykła. Przykładem mogą być losy mieszkańców wsi Hostynne (gm. Werbkowice). W 1875 r. istniała tutaj parafia grekokatolicka, która liczyła 858 wiernych (potem unici musieli przejść na prawosławie "w wydaniu" rosyjskim). Ci ludzie, modlili się w miejscowej cerkwi, która najpierw była drewniana, a w XIX w. w jej miejsce postawiono świątynię murowaną.

W 1915 r. prawosławnym diakonem w Hostynnem był Jan Kotorowicz. Opisał on losy swoich uciekających przed wojenną pożogą parafian na łamach "Wiadomości Krakowskich" (w 1941 r.). Tłumaczenia tekstu z języka ukraińskiego dokonał w 2015 r. Mariusz Sawa. Maszynopis owego dokumentu pt. "Ciernisty szlak Chełmszczyzny" dostępny jest teraz w hrubieszowskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej.

Wieś zaszlochała płaczem
"Dnia 15 czerwca 1915 roku cała moja wieś, w której byłem diakonem, musiała wyruszyć w daleką, nieznaną drogę, zostawiwszy wszystko, czego udało się dorobić długoletnią i ciężką pracą" – pisał w swoich wspomnieniach ks. Kotorowicz. "Chłopi zabrali ze sobą jedynie inwentarz żywy: konie krowy, nierogaciznę, nawet kury i wszystko, co można było wziąć na wóz. Kto nie miał konia i wozu, musiał obejść się z tym, co mógł wziąć w worek na plecy".

Uchodźcy nie wiedzieli dokąd będą musieli się tułać i jak długo potrwa ich wędrówka. "Z wielkim smutkiem i płaczem ludzie żegnali się ze swoją cerkwią, przy której żyli i wzrastali" – notował ks. Kotorowicz. "Gdy z dzwonnicy spuszczono dzwony, wieś zaszlochała gorzkim płaczem. Ustępowały ostatnie carskie posterunki i nadchodziły wojska austriackie. Wojskowi popędzali czym prędzej do drogi. Porzucamy wieś. Prawie każdy udaje się na cmentarz, by odwiedzić po raz ostatni mogiły swoich bliskich".

Uciekinierzy pierwszą noc spędzili w Bogucicach. 20 czerwca dotarli do miejscowości Kamień (w powiecie chełmskim), 2 lipca przybyli do Uhruska, a następnie do Kobrynia (tam wojsko zarekwirowało im krowy).

"Od Kobrynia jechało się nam nieco lepiej, ale po kilku dniach, z uwagi na wielką masę ludzi i picie wody z różnych, przydrożnych strumieni rzuciła się straszna epidemia – cholera, która wyścieliła cały, ciernisty szlak mogiłkami, rozłożonymi wzdłuż drogi: pod lasami, na łąkach i w rowach" – czytamy we wspomnieniach ks. Kotorowicza. "Na szczęście w naszej grupie były tylko dwa przypadki cholery. Nagle zmarli we wsi Zamszany – Prokop Burda i Anna Ulanicka z Łotowa, zaś inni, słuchając moich porad, tym sposobem uratowali się od okropnej epidemii".

Mieszkańcy Hostynnego dotarli do stacji Czyplajewo i stamtąd, w dwóch transportach ruszyli – do miasta Samara, a potem do miejscowości Taraz (to dawna Aulije Ata). To były tysiące kilometrów od domu.

Wszystko było tam dla nich nowe, nieznane.
"Jak tylko ludzie wysiedli z wagonów, śpiesznie schowali się do nich z lękiem z powrotem" – pisał ks. Kotorowcz. "Przyczyną tego była delegacja miejscowych Kirgizów (...), która wyjechała nam na spotkanie. Nasi nigdy takiego narodu nie widzieli, nie wiedzieli jak się do niego odnosić. Kirgizi witali nas serdecznie, nakarmili białym chlebem, a nawet wysłali po nas wiele wysokich, dwukołowych < arb" z jednym koniem".

Okazało się, że niedaleko była miejscowość o nazwie Michałówka, w której mieszkali... dawni ukraińscy przesiedleńcy. Była tam cerkiew oraz prawosławny ksiądz. Wygnańcy zostali w tej wsi serdecznie przywitani. To nie był koniec ich wędrówki. Po wielu perypetiach trafili do wsi, które także miały dla nich swojskie nazwy. Były to: Pokrowka i Grodkowo.

Wrócić do domu
"Ludność obu miejscowości odnosiła się do nas serdecznie, karmiła nas i nasze konie" – notował ks. Kotorowicz. "Żyli tam ukraińscy przesiedleńcy, bracia, rzuceni przez los dawniej, aż tutaj, w daleki Turkiestan. Poczuliśmy się tutaj jak w ojczyźnie – tylko śniegi na wysokich szczytach turkiestańskich gór zimą i latem oraz Kirgizi, ze swoimi charakterystycznymi zwyczajami i sposobem bycia, przypominały, że własny kraj tysiące kilometrów za nami".

Duchowny z szacunkiem pisał o mieszkańcach tej dalekiej krainy. "Powszechnie wszyscy autochtoni odnosili się do nas przychylnie, dzieląc się z nami koniczyną dla koni i opałem (Mariusz Sawa przypomniał, że chodziło o wysuszone, zwierzęce odchody – przyp. red.). Miejscowa ludność była bogata w chudobę i owce, więc nie dziwne, że i naszym ludziom nie zabrakło pracy, białego chleba ani mięsa. Kto wie, czy to wszystko byłoby w ojcowskiej chacie (...)" – zastanawiał się duchowny. "Tak i nadeszły nasze pierwsze święta Bożego Narodzenia na obczyźnie (...). Nadszedł Wielki Post, a wreszcie Wielka Niedziela (...). Przystępując zgodnie ze starym chełmskim zwyczajem, na obu kolanach do świętego grobu (Chrystusa) Chełmszczaki (wierni z prawosławnej diecezji chełmskiej – przyp. red.) płakali, błagając Miłosiernego, żeby pozwolił im wrócić do rodzinnego kraju".

Nieprędko to się ziściło. Bo w maju 1916 r. wysiedleńcy musieli jechać dalej (dostali w tej sprawie urzędowe powiadomienie). Wyruszyli do miasta Czimkient. Tam czekali dwa tygodnie na pociąg, którym przewieziono ich do miejscowości Buzułuk w guberni samarskiej.

"Tu już się nami nie opiekowano i biedowaliśmy na deszczu oraz wietrze (...). Samarski klimat był już całkiem inny, ale nie mniej dokuczliwy" – notował duchowny. "Czasem pokazywali się urzędnicy z miasta, którzy nikomu nic nie mówiąc, odchodzili (...). W Buzułuku ciężko było zdobyć nawet kawałek czarnego (chleba) (...). Po dosyć długich naradach samarskiego Komitetu do spraw uchodźców postanowiono rozmieścić ludzi po różnych wsiach powiatu, a właścicieli koni i wozów posłać do wsi Woroncówka, gdzie mieściły się majątki dziedzica Kaszkariowa. Tam mieliśmy dostać pracę i zarobek. Pojechałem tam i ja, jako właściciel koni. Działo się to na początku żniw 1916 r.".

Czy to był koniec tułaczki mieszkańców Hostynnego? Ilu z nich powróciło po wojnie do domów, a ilu zostało w Rosji (ks. Kistorowicz wrócił do rodzinnej wsi w listopadzie 1919 r.)? Trudno to dzisiaj ustalić. Jednak wiele wskazuje na to, że większość wygnańców do swoich domów powróciła. Według spisu z 1921 r. w Hostynnem było wówczas 68 domów, w których mieszkało 357 osób. Cztery z nich było Żydami, reszta deklarowała narodowość ukraińską.

Ramka: Miliony bieżeńców
Szacuje się, że wszystkich wojennych uchodźców zwanych także bieżeńcami było prawdopodobnie od 2 do 3 milionów. Około 67 proc. z nich stanowili Białorusini i Rusini (Ukraińcy), ponad 13 proc. – Polacy, 6,4 proc. – Żydzi, a resztę m.in. Łotysze, Ormianie i Litwini. O ich niezwykłych, często tragicznych losach możemy przeczytać m.in. w wydanej niedawno książce Anety Prymaki-Oniszk pt. "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy".

Bogdan Nowak

Karta pocztowa z 1916 r. Zniszczony w wyniku działań wojennych na Froncie Wschodnim Brześć nad Bugiem.

Pińsk na pocztówce z 1916 roku.

Skomentuj

- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Portal ezamosc.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
- Użytkownik publikując komentarze reprezentuje własne poglądy i opinie, biorąc pełną odpowiedzialność karną i cywilną za publikowane treści.
- Pola wymagane są oznaczone *
- Twój adres email nie będzie opublikowany
- Korzystając z opcji 'komentarz', akceptujesz zasady regulaminu i politykę prywatności.
- Aby dodać komentarz, musisz zaznaczyć pole "Nie jestem robotem", tym samym potwierdzasz, że akceptujesz zasady regulaminu

Powrót na górę

Sekcje

Polecamy

ezamosc.pl

Reklama

Narzędzia

Follow Us